Psary - gmina Trzebinia

Psary perła Ziemi Chrzanowskiej

psaryW bieżącym roku pan Mieczysław Kempka będzie obchodził swoje 80 urodziny. Rodowity psarzanin od lat mieszkajacy w Warszawie upoważnił nas do opublikowania całości pięknego wydawnictwa o naszej miejscowości jakie pięć lat temu wydał własnym sumptem. ,,Psary perła Ziemi Chrzanowskiej" napisana wespól z Janem Traczynskim jest skarbnicą wiedzy o przełości naszej miejscowości. Życzymy ciekawej lektury niezwykłego wydawnictwa Mieczysława Kempki i Jana Traczyńskiego.

Mieczysław KEMPKA Jan TRACZYŃSKI

Psary perła Ziemi Chrzanowskiej

Warszawa 2010


Spis treści:

Przedmowa   
-Tematy z dziedziny historyczno – gospodarczej.   
-Tematy z dziedziny społecznej   

Część napisana przez Mieczysława Kempkę   

Położenie   

-Spojrzenie z kosmosu   
-Miejsce   
-Mapy   
-Psary – widok ogólny   
-Psary – Stara Wieś   
-Psary – Nowa Wieś   

Historia i prehistoria   

-Ślady działalności człowieka sprzed wieków   
-Z dziejów Psar i okolic   
-Rzesza i Gubernia   
-Sierpniowa noc grozy   
-Dalsze losy aresztowanych   
-Wyzwolenie   
-Wybory sołtysa   

Teren   

-Budowa geologiczna i struktura gleby   
-Punkty i miejsca widokowe   
-Domy   
-Ścieżki   
-Drogi   
-Lasy   
-Pola   
-Woda   
Powietrze   

Życie   

-Głód i bieda   
-Zajęcia domowe    Przedsięwzięcia gospodarcze   
-Wojna i okupacja   
-Czasy powojenne   
-Ludzie i praca   

Część napisana przez Jana Traczyńskiego   

-Początki osady mieszkańców Psar   
-Działalność społeczno-polityczna na terenie Psar   
-Budowle   
-Tamy   
-Inni w okolicy   
-Okupacja hitlerowska   
-Po zakończeniu Drugiej Wojnie Światowej   
-Samorządy wiejskie   

Skorowidz   
 
Przedmowa

Treść Przedmowy zostanie zmieniona po zakończeniu tego opracowania Mam nadzieję, że opracowanie to stanie się fragmentem większej całości opracowywanej przez grono lokalnych patriotów Psar, zwłaszcza tych, którzy urodzili się w tej miejscowości, a całe życie spędzili poza nią. Przez ludzi, których ciekawość świata, awans społeczny lub życiowe losy skierowały poza rodzinną miejscowość. Ludzi, którzy chcą dla historii i następnych pokoleń pozostawić ślad swojej obecności. Jak wykorzystać tę książkę? Wyobrażam sobie, że będzie ona swoistym znakiem rozpoznawczym Psar. Jest miasto Trzebinia – ma swoją książkę pod tytułem: „Trzebinia Zarys dziejów miasta i regionu”.
Jest miasto Krzeszowice – jest książka o Krzeszowicach. Jest duża wioska Psary – dlaczego nie ma mieć swojej książki?  Ta książka może być podręcznikiem lokalnego patriotyzmu. Trzeba nauczyć młodych mieszkańców, by o Psarach wiedzieli więcej niż zabłąkany turysta, jeśli taki się znajdzie. Książka może dostarczać wielu tematów poszukiwawczych, zacznijmy od ludzi.  Kim byli pierwsi mieszkańcy Psar i gdzie były ich domy? Jacy byli nasi bohaterowie, myślę o rodzinie Gąsiorów: Julianie i Janie Gąsiorach oraz Janinie Jasińskiej.  Jaka była historia działalności ugrupowań politycznych w Psarach przed wojną i po wojnie? Jakie są szczegóły pięknej historii zakonu świeckiego Marii, które zobowiązały się na całe życie dochować czystości i wspomagać Kościół. Jeśli dobrze pamiętam, były to trzy dziewczyny o imieniu Maria, które taki zakon założyły na początku XX wieku. Jedną z nich była Maria Kępka z Nowej Wsi.

Tematy z dziedziny historyczno – gospodarczej.

Gdzie w Psarach była kopalnia i huta oraz co z nich pozostało?
Gdzie były piece do wypalania wapna i kamieniołomy?
Jak w dawnych wiekach wyglądała Skotnica, Galman, Rojsko, Kopiec i Ostra Góra?
Gdzie była dawna droga górnicza i jakie zostały po niej ślady?
Gdzie są tamy na rzeczkach i jaki jest ich stan dzisiaj?
Jak przebiegała dalej droga na Kopiec, po której został skośny taras i dlaczego z niej zrezygnowano?
Jak wyglądała i jak funkcjonowała owczarnia na Ostrej Górze, zwłaszcza jak działało ogrzewanie w okresie zimowym?
Z jaką budowlą są związane drewniane bale leżące pod ziemią koło starego transformatora na Zamłyniu?

Tematy z dziedziny społecznej

Praca – opis warunków pracy w różnych okresach historycznych.
Związki zawodowe.
Stowarzyszenia socjalistyczne księdza Stanisława Stojałowskiego.
Historia strajków i metody ich zwalczania.
Pańszczyzna świadczona w kopalniach.
Działalność PPS w latach 30-tych XX wieku.
Katolickie Stowarzyszenie Mężów w Psarach.  
Zakon świecki z udziałem Marii Kępki i jeszcze dwóch innych dziewczyn.


Pozostaje jeszcze pytanie najważniejsze, jak napisać taką książkę? Sądzę, że początek już zrobiłem. Zapraszam innych do współpracy. Ja ze swej strony postaram się dopisywać pewne fragmenty, zwłaszcza relacje moich rówieśników, którym rodzice przekazali ciekawe historie z przeszłości np. jak ludzie walczyli z zimnem i głodem w dawnych latach, jak ludzie walczyli o przetrwanie w czasie ostatniej wojny, jak ludzie urządzali swoje nowe życie po wojnie?  Mam również i takie pytanie, które jest jednocześnie propozycją: Czy nie można utworzyć Towarzystwa Miłośników Ziemi Chrzanowskiej? Było lub jeszcze istnieje w Warszawie Towarzystwo Miłośników Ziemi Sądeckiej, a czy nie może być również ziemi chrzanowskiej?

Warszawa 2006 r.
Mieczysław Kempka


Część napisana przez Mieczysława Kempkę


Położenie:

Spojrzenie z kosmosu

Gdyby przybysz z kosmosu chciał odwiedzić naszą wioskę, to musiałby odnaleźć Układ Słoneczny, następnie w tymże układzie naszą planetę Ziemię, gdyby już odnalazł lądy i morza, to na pewno zauważyłby największy ląd euroazjatycki. Na nim po charakterystycznym wyglądzie odnalezienie Polski nie stanowiłoby problemu, a gdyby również miał dostęp do współrzędnych geograficznych mógłby znaleźć centralny punkt naszej miejscowości, który charakteryzuje się współrzędnymi: długości geograficznej 19o 31’ 51"
i szerokości geograficznej północnej 50o 10' 28". Jest to miejsce położone koło Domu Kultury.

Miejsce

Obszar wsi Psary ograniczony jest - od południa – północną granicą wsi Karniowice na Zamłyniu i lasem „w Górach”; od zachodu – garbem Ostrej Góry: od północy lasem na północ od Skotnicy i Rojska, a od wschodu – lasem na wschód od Rędziny i zachodnią granicą wsi Filipowice.  W pionie wysokość terenu zawiera się między wysokością 355 m. (ponad poziomem morza) a 452,2 m. punktem topograficznym na Skotnicy z lewej strony drogi do Płók. Zabudowania znajdują się na wysokości od 360 m. na Zamłyniu do 425 pod Skotnicą i pod Rędziną. Charakterystyczne punkty terenowe mają wysokość: 448,6 m. punkt na drodze do Płók, koło krzyża, 444,1 Rojsko, 434,1 Rędzina, 419,4 m. Góry i 435,2 m. Ostra Góra.  Ogólnie teren wsi rozciąga się od 360 m. do 440 m. czyli 80 m. wysokości względnej. Nowa Wieś położona jest na wysokości od 400 m. – Kopiec do 425m. – wschodni koniec Nowej Wsi, Stara Wieś od 380 m. – Dom Kultury do 425 m. – domy pod Skotnicą.  Na wschód od naszej wioski przebiega Szlak Dawnego Górnictwa występujący również pod nazwą Dawna Droga Górnicza. Najwyższy punkt na tej drodze to 470 m. Znajduje się on na południe od Galmanu. W pobliżu w lesie jest, najwyższy punkt na całym dużym obszarze, o wysokości 483,2 m. Najbliższy punkt przewyższający go znajduje się na południu w rejonie Pilska w odległości ok. 70 km.

Mapy

Obrazy map pochodzą z MAPY TOPOGRAFICZNEJ POLSKI
Nazwa                                             PSARY
Godło                                 M – 34 – 64 – A – c – 3
Skala                                             1 : 10 00
 
 
 
 
Historia i prehistoria

Ślady działalności człowieka sprzed wieków

Najstarsze znaleziska archeologiczne z tego terenu datowane są na 8-5 tysiąclecie p.n.e. Są to kamienne fragmenty dawnych narzędzi. Z 4-go tysiąclecia p.n.e. pochodzi czworokątna siekierka z krzemienia pasiastego. Jeszcze dziś na nie strumyków spływających do Dołów Dulowskich można znaleźć kamienie za krzemienia, który przed tysiącami lat mógł służyć do wyrobu narzędzi.  Na ślady dawnej działalności człowieka można natrafić na powierzchni ziemi i płytko pod ziemią. Jest to, zazwyczaj ukształtowanie terenu, np. pozostałość starej drogi na Nową Wieś, doły po wydobywanych kopalinach na Kopcu, Rojsku , na Galmanie i na Skotnicy. Są to, jak byśmy teraz nazwali szkody górnicze, sprzed wieków. Śladami są urwiska i uskoki terenu na stokach wzniesień powstałe po wydobywaniu kamienia, piachu lub żwiru. Na Rojsku mogą się znajdować krótkie fragmenty chodników górniczych pozostałych po wydobywanej tam rudzie żelaza. Przy drodze na Starą Wieś, na wysokości starego transformatora, na głębokości do 1,5 metra pod ziemią są resztki drewnianej budowli przemysłowej lub gospodarczej. Szczególnym pomnikiem ochrony przyrody są kamienne tamy na strumyku zaczynającym się u podnóża Rojska. Tamy te budowano na polecenie hrabiny Potockiej. Służyły do spowalniania prądu wody zwłaszcza w czasie ulewnych deszczów lub gwałtownych wiosennych roztopów. Zadziwiające, że idąc w górę strumyka mijamy ostatnie źródełko, a dwie lub trzy tamy albo ich resztki możemy spotkać, mimo, że nie ma tam żadnej wody. Świadczyło by o tym, że źródła znajdowały się dużo wyżej niż obecnie.  Zanikające źródła, jeziora lub strumyki mogą być związane z działalnością pobliskich kopalń lub zmianą klimatu. Idąc do Myślachowic przez Ostrą Górę, po prawej stronie drogi, pod lasem znajduje się obniżenie terenu, które nazywa się Jeziora . W latach pięćdziesiątych, w najniższym miejscu rosła jedynie trawa bagienna. W latach siedemdziesiątych było pokaźne jezioro z kajakami i żaglówkami, a w latach dziewięćdziesiątych jezioro zaniknęło. Ponieważ w kopalniach w Trzebini zaprzestano wydobycia, woda może się pojawić na dłużej. Na skraju tego „jeziora” w latach 40-tych dziewiętnastego wieku był cmentarz, na którym chowano ludzi zmarłych na cholerę. W lesie Pod Polem płynął strumyk, który przed dotarciem do południowego skraju lasu w Dołach zniknął pod ziemią. Do odszukania przez ambitnych miłośników Psar pozostaje miejsce, gdzie były: kopalnia „Jan” i huta cynku. W latach 50-tych były czynne piece do wypalania wapna. Jeden pod Skotnicą, drugi przy drodze na Ostrą Górę.

Z dziejów Psar i okolic

Początek osadnictwa w naszej wsi należy datować na wiek XI. W owym czasie mieszkańcy zajmowali się hodowlą psów na potrzeby dworu książęcego. W XIV i XV wieku wieś należała do rodu Lizęgów z Bobrku Herbu Półkozic. W XVI wieku w Psarach wydobywano ołowiankę. Wytapiano z niej ołów, który transportowano do Krakowa drogą Trzebinia, Młoszowa, Krzeszowice, Zabierzów. Od 1468 roku była to wolna droga królewska.  Psary, od zawsze należały do parafii w Płokach. Parafie w Trzebini i Płokach zostały odnotowane w 1326 roku w rejestrach świętopietrza. Z przynależnością do parafii związana była dziesięcina. Dziesięcina z Psar zbierana była z części łanów, a łanów było 4 i karczma. Działalność górnicza w naszym regionie jest odnotowana w księgach miejskich Trzebini, Nowej Góry i w księgach radzieckich Olkusza.  Nawa Góra była kiedyś ważnym miastem. Był tam dekanat, do którego należały parafie w Trzebini i Płokach oraz w ośmiu innych wioskach. Był oczywiście kościół, ratusz, areszt i pręgierz na rynku.
W latach dwudziestych XIX wieku największymi miejscowościami w okolicy były: Myślachowice, Psary, Bolęcin i Młoszowa. Trzebinia-miasto zajmowała dalsze miejsce. Na przestrzeni jednego wieku w Psarach domów mieszkalnych było w: 1821 – 58, 1910 – 169, 1921 – 182. W XIX wieku Psary należały do Rzeczypospolitej Krakowskiej, państewka utworzonego po Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku. Miejscowa ludność, w naszych okolicach nazywała się Krakowiacy Zachodni. W 1870 r. utworzono szkołę ludową w Psarach, w której dominium (dawne kuratorium) Krzeszowickie opłacało nauczyciela z pensją 200 złotych reńskich rocznie.  W 1831 wybuchła epidemia cholery, która dotknęła naszą wioskę. Cholera w tamtym czasie była chorobą śmiertelną. Ludzie umierali w straszliwych męczarniach w ciągu kilku dni na skutek odwodnienia organizmu spowodowanego biegunką i wymiotami. Zmarłych na cholerę chowano na specjalnie utworzonym cmentarzu, który był przy drodze z Ostrej Góry do Myślachowic.
W dawnych wiekach były w Psarach kopalnie ołowianki. A XIX wieku czynna była kopalnia „Jan” należąca do hrabiego Potockiego i jeszcze dwie inne mniejsze. Była również niewielka huta cynku. Wydobywano i przerabiano następujące minerały: ołowiankę, białe galmany, czerwone galmany i rudę żelaza, którą transportowano do huty z wielkim piecem w Płokach. W tymże XIX wieku Florkiewicz z Młoszowy wybudował owczarnie na Ostrej Górze. Ciekawe, że kamienne ogrodzenie owczarni otaczało już istniejący bukowy las. W Psarach był dom dla kilku rodzin górniczych. Była karczma i należy przypuszczać, że była również pani zapewniające usługi erotyczne dla górników.

Rzesza i Gubernia

Po przegranej przez Polskę wojnie obronnej w 1939 roku Psary zostały włączone przez okupanta do Rzeszy niemieckiej. Wioski na wschód od Psar: Stawiska, Filipowice i Wola Filipowska należały do Generalnej Guberni. Dla nas granica przebiegała tuż za wschodnim krańcem Nowej Wsi, przez Rędzinę, Doły i dalej do Dulowej. Niemcy, wzdłuż granicy od strony Rzeszy zbudowali strażnice w drewnianych barakach. Jeden barak był na Zamłyniu drugi w Karniowicach. Ten pierwszy był zbudowany na zachodnim brzegu rzeczki, po zachodniej stronie drogi do Psar, był umiejscowiony na lokalnym wzniesieniu. Otoczony był drewnianym wysokim płotem. Na podwórku była ręczna pompa wodna. Do baraku był zrobiony podjazd dla samochodów, była również doprowadzona linia telefoniczna.  Strażnicy z baraku na granice wychodzili w dwuosobowych patrolach, przeważnie z psem wilczurem. Przechodzili przez Kopiec, Nową Wieś i zajmowali stanowiska na granicy. Na początku Nowej wsi u Stanisława Kępki był pies, który był wyczulony na żandarmów lub na ich psa. Szczekał głośno, gdy oni byli już w połowie Kopca. W terenie pagórkowatym w nocy głos rozchodzi się na niespodziewanie duże odległości, zwłaszcza ze wzniesienia na wzniesienie. Pies swoim szczekaniem alarmował przemytników na drugim końcu wioski. Niemcy po pewnym czasie zorientowali się, że pies sygnalizował wyjście patrolu na granicę, poszczuli wilczurem mojego pieska. Został on dotkliwie pogryziony. Kiedy w następną noc szli na granicę, mój ojciec poprosił ich by go zastrzelili, bo nie nadawał się do leczenia. Tak, więc mój pies był pierwszą ofiarą w walce z okupantem, ale przed swoją śmiercią spełnił wielce pożyteczną rolę ostrzegawczą.
Dokładnie nie pamiętam, co było przedmiotem przemytu, ale z pewnością była to wódka, a właściwie bimber przenoszony z Guberni do Rzeszy. Niekiedy strażnikom udało się kogoś złapać na granicy. Prowadzili takiego nieszczęśnika z towarem przez Nową Wieś do baraku, a później po konfiskacie towaru i niekiedy po pobiciu zwalniali lub przekazywali do obozu koncentracyjnego.


Sierpniowa noc grozy

Nocą 11 sierpnia 1943 roku, kiedy górnicy powracali już z drugiej zmiany do domów, samochody z Niemcami podjechały na Zamłyniu do rozwidlenia dróg na Psary i na Ostrą Górę. Z samochodów piesze patrole wyruszyły do środka Starej Wsi. Jednocześnie zaatakowali 3 domy, w których znajdowały się rodziny Kazimierza Gąsiora koło kapliczki, Juliana Gąsiora i Stanisława Jasińskiego koło szkoły. Stanisława Jasińskiego nie było w domu. Kilka dni wcześniej miał być aresztowany na kopalni. Niemcy sprawdzili na portierni czy jest na dole, po potwierdzeni tam na niego czekali. Ostrzeżony uciekł i nie nocował w domu.
Jego żony też nie było w domu. Ostrzeżona o obławie przyszła dla ratowania dzieci, a miała ich dwójkę, 12 letniego Mietka i 7 letnią Zośkę. Na pytanie o męża odpowiedziała, że z nią nie siedzi i nie wie gdzie jest. Została wtedy pobita i w takim stanie wraz z płaczącymi dziećmi zawleczona na punkt zbiorczy przed kapliczkę. W sąsiednim domu aresztowali Józefę Gąsior, żonę Juliana. On był na kopalni na drugiej zmianie. Mógł być ostrzeżony przez Stanisława Spyta, ale Spyt tego nie zrobił. Julek Gąsior został aresztowany na dole przy szybie Wanda w Sierszy i natychmiast został ciężko pobity. Dołączono go do aresztowanych w Trzebini. W domu miał trzyletnią córkę (ur. 25.09.1940r.) Janinę. Była to ładna dziewczynka o miłej buzi. Spodobała się jednemu z Niemców, ślązakowi, który mówił po polsku. Postanowił dziewczynkę zatrzymać dla swojej rodziny i nie zabierać jej do obozu. Wrócił na następny dzień i wtedy się okazało, że dziewczynka jest kulawa. Zrezygnował z jej zabrania, a do aresztowanych nie mógł już dołączyć, bo by się wydała jego samowola. I w ten sposób Jasia się uratowała. Ukrywała się w Psarach u  rodziny, a zwłaszcza u babki.
Kazka Gąsiora aresztowali wraz z żoną Marią i dwójką dzieci Kazimierą i Marią. On sam próbował się ukryć w stodole, w schowku na wymłócone zboże, ale go tam znaleźli. Po spędzeniu wszystkich przed kapliczkę poprowadzili ich pod konwojem z płaczem dzieci i biciem dorosłych do samochodów na Zamłynie.
W tym samym czasie na Kopcu w stodole u Stanisława Kępki było sześciu partyzantów z Jasińskim na czele. Moja mama Franciszka Kępka z domu Bartosik jak zwykle w takich okolicznościach, na ogrodzie pilnowała śpiących w stodole, Zaalarmowana hałasem samochodów obudziła śpiących. Ci po zebraniu się postanowili zejść do kapliczki pod Kopcem i odbić więźniów. Mama krzykami, płaczem i szarpaniną z tymi durnymi chłopami odwiodła ich od tego zamiaru. W ten sposób uchroniła prawie całą wioskę przed zniszczeniem przez hitlerowców. Partyzanci ustąpili. Zamierzali zaatakować w Dulowej, ale i ten pomysł wybiła im z głowy, więc wycofali się do lasu.
Wszystkich aresztowanych w Psarach i innych miejscowościach powiatu chrzanowskiego zwieźli do obozu w Mysłowicach. Po drodze, w okolicach Trzebini. Mietek Jasiński wyskoczył z samochodu i uciekł. Do wyzwolenia ukrywał się u rodziny w Trzebini. W obozie oddzielno mężczyzn od kobiet i dzieci od matek.
W tę noc w Psarach aresztowano następujące osoby:
Kazimierz Gąsior ur. w 20.07.1913 r. ,
Maria Gąsior ur. w 1913 r. – żona Kazimierza,
Kazimiera Gąsior ur. w 1936 r. – córka Kazimierza i Marii,
Maria Gąsior ur. w 1941 r. – córka Kazimierza i Marii,
Józefa Gąsior ur. 22.02.1920 r.  – żona Juliana Gąsiora,
Janina Jasińska z domu Gąsior ur. 2.09.1912 r. – żona Stanisława Jasińskiego,
Mieczysław Jasiński ur. 1934 r. – syn Stanisława i Janiny,
Zofia Jasińska ur. 1936 r – córka Stanisława i Janiny.
Najmłodszy z rodzeństwa Gąsiorów Jan ur. w 1919 r. został aresztowany na jesieni 1943 roku. Był świeżo po ślubie ze Stasią Nowakowską. 6 lub 7 kwietnia 1945 roku w Buchenwaldzie odbył ostatnią rozmowę ze swoim bratem Kazimierzem. Szykowano kolumnę ewakuacyjną z Buchenwaldu do Dachau (ok 300km na południe). Kazimierz był już „muzułmaninem”, więc postanowił zostać mimo groźby rozstrzelania. Jan uznał, że jest na tyle mocny, że da radę dojść do stacji i dołączył do kolumny. W drodze do stacji hitlerowcy zastrzelili kilkuset więźniów. Pociąg wyruszył ze stacji Weimar 7 kwietnia 1945r. To był istny pociąg śmierci. W drodze więźniowie byli bestialsko traktowani, nie mieli wody i jedzenia, byli zabijani przez strażników a pociąg był wielokrotnie bombardowany. Z tego pociągu uratowało się jedynie kilka osób. Nie było wśród nich Jana Gąsiora. Zginął w drodze na stację lub w czasie jazdy „pociągiem śmierci”. Miał 26 lat.

Dalsze losy aresztowanych

Najpierw wszystkie osoby przebywały w obozie w Mysłowicach. W obozie Janinę Jasińską, Juliana Gąsiora i Kazimierza Gąsiora poddano 3 miesięcznemu ostremu przesłuchaniu połączonemu z torturami. Tu rozstrzygnęły się losy życia lub śmierci. W wyniku przesłuchań przeznaczonych na śmierć skierowano pod sąd doraźny. Właśnie do tej grupy trafili Janina Jasińska i Julian Gąsior. 29 listopada 1943 roku odbyło się drugie posiedzenie sądu doraźnego pod przewodnictwem nowego szefa SS okręgu katowickiego Johannesa Thümmlera, posiedzenie to odbyło się na sesji wyjazdowej w Oświęcimiu w bloku 11. Do rozpatrzenia przewidziano 77 osób, wydano 73 wyroki śmierci za: przynależność do PPR, ZWZ, Gwardii Ludowej, zdradę stanu, „sprzyjanie bandom” i przestępstwa kryminalne. Z grupy osądzonej 4 osoby uniknęły śmierci i było to jedyne takie wydarzenie w historii tego sądu.
Oskarżonych pojedynczo doprowadzono przed sąd. Za pośrednictwem tłumacza i przy wykorzystaniu akt identyfikowano osobę, następnie pytano czy przyznaje się do winy. Zazwyczaj przyznawali się do swoich czynów szczerze i dobrowolnie. Zwłaszcza godnie zachowała się Janina Jasińska i szła na śmierć odważnie i spokojne w przekonaniu, że składa swe życie dla ojczyzny. Egzekucja nastąpiła bezpośrednio po wydaniu wyroku. Podobnie godnie zachował się Julian Gąsior były wojskowy. Po egzekucji wypisywano protokoły podając dowolną zmyśloną przyczynę śmierci. Zachowały się akty zgonów obojga. Jako przyczynę zgonu podano plötzlicher Herztod co można przetłumaczyć na nagłą śmierć serca. Sędziowie wydawali wyroki śmierci średnio co dwie minuty, byli dumni z siebie za sprawne działanie. Zachowywali się swobodnie, wyrażali pychę i pogardę dla skazanych, żadnego zrozumienia i współczucia dla „podludzi” idących na śmierć.
Józefa Gąsior została przywieziona do KL Auschwitz w dniu 21. 08. 1943r. Przebywała tam do 18. 10. 1944r. w Fraulanlager bl. 22 B, a następnie wywieziona do obozu do Drezna i tam wyzwolona w 1945r. Wyszła ponownie za mąż, urodziła dwójkę dzieci Zmarła (rok). Jest pochowana w Psarach. Maria Gąsior – żona Kazimierza – przebywała w KL Auschwitz razem ze swoją szwagierką Józefą. Doczekała wyzwolenia w 1945r. Zmarła w 1957 roku, jest pochowana w Płokach.
Kazimierz Gąsior po przesłuchaniu w Mysłowicach, w marcu 1944r., został wywieziony do Gross-Rosen, gdzie otrzymał numer 23271. Został skierowany do podobozu Dyhhernfurth II i zatrudniony w komando Kemna 429. Stamtąd przewieziony do Buchenwaldu, gdzie otrzymał numer 127196. Wyzwolony przez Amerykanów. Był wtedy wrakiem człowieka. Przy normalnym wzroście ważył 32 kilogramy. Nie chodził. Był leczony w Stanach Zjednoczonych. Wrócił do kraju w 1946 lub 1947 roku z jedynie zaleczoną gruźlicą. Mimo choroby był aktywny w życiu społecznym. Jego matka Anna Gąsior z domu Bartosik przeżywała dramat. W jednym momencie straciła wszystkie swoje dzieci. Schorowana z utęsknieniem czekała na ich powrót z obozu. Doczekała się tylko na Kazimierza. Wkrótce szczęśliwa zmarła. Kazimierz pochował mamę i niewiele lat później sam zmarł. Zmarł młodo w 38 roku życia w 1951 roku. Jest pochowany w Płokach.

Dzieci Kazimierza i Marii – Kazia 7 lat i Marysia 2 lata – przebywały w obozie w Mysłowicach. Jako drobne dzieci nie miały wytatuowanych numerów na rękach, ale nosiły numery na tabliczkach na sznurku na szyi. Miały jeden numer starsza Kazia z symbolem A oznaczającym, że ma młodsze rodzeństwo, którym musi się opiekować, Marysia z symbolem B oznaczającym, że ma starsze rodzeństwo. Obie w obozie doczekały wyzwolenia. W tym samym obozie do wyzwolenia przebywała Zosia Jasińska córka Stanisława i Janiny Jasińskich. Po wojnie dzieci powróciły do normalnego życia jednak przeżycia obozowe pozostawiły trwały traumatyczny ślad.

* * *

Fragment zatytułowany Sierpniowa noc grozy i Dalsze losy aresztowanych, na podstawie relacji ustnych Janiny Bogackiej z domu Gąsior, Marii Trębacz z domu Gąsior, Kazimiery Guzik z domu Gąsior, Czesława Kępki i dokumentów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Muzeum Gross-Rosen oraz własnej pamięci – opracował Mieczysław Kempka.

Wyzwolenie

Któregoś dnia w mroźny styczniowy poranek 1945 roku ojciec wyszedł z domu na drogę i po chwili przyprowadził dwóch żołnierzy rosyjskich. Opowiadał, że to znajomi. Widziałem pojedynczych żołnierzy snujących się drogą z Filipowic w stronę Trzebini. Co jakiś czas pojawiał się wóz konny. Samochodu nie zobaczyłem żadnego, bo ta droga w tym czasie, a również do tej pory, (2009r.) nie jest przejezdna dla samochodu na odcinku Filipowice – Nowa Wieś. Ponadto mostek na Zamłyniu był zniszczony, bo kilka dni wcześniej w nocy jakiś samochód niemiecki chciał wjechać do Psar od strony Karniowic. Pod jego ciężarem mostek runął i przez kilka dni tkwił na wpół w strumyku, aż Niemcy sprowadzili dźwig, który go wyciągną. Rosjanie kilkanaście metrów poniżej zbudowali kładkę, przez którą przejechały wozy konne w stronę Ostrej Góry.
Z czasów wojny zapamiętałem rosyjski okrzyk „ruki w wierch” i pytanie „kuda giermancy”, a w języku niemieckim „halt” i deklarację ideową „Hitler kaput”. To ostatnie słyszałem od jeńców niemieckich prowadzonych drogą na wschód. No i w zasadzie do tego ograniczała się moja znajomość niemieckiego. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilkadziesiąt lat później będąc w Berlinie, zobaczyłem na wystawie wózek dziecięcy z kartką o treści „Wagen kaput”. Dla mnie „kaput” mógł być tylko Hitler, a nie żaden „wagen”.
Pewnego dnia był w naszym domu młodziutki zwiadowca. Siedział przy piecu. Miał biały płaszcz i pistolet pomalowany na biało. Miał ok. 16 lat. Opowiadał, że Niemcy wymordowali mu całą rodzinę i on idzie na Berlin żeby zabić, chociaż jednego Niemca. Zresztą wszyscy żołnierze szli na Berlin wypełnić zobowiązanie pierwszomajowe takie, że do pierwszego maja będą w Berlinie.
Front w Psarach zatrzymał się na tydzień. Kilka kilometrów na wschód od Psar Rosjanie zdobyli w Tenczynku czynny browar, więc całe wojsko chodziło pijane, a dzieci były częstowane słodyczami zazwyczaj pod postacią wszelkiego rodzaju syropów. Po dwóch dniach ojciec zaprowadził mnie do ciotki w Stawiskach. I tam niepocieszony przeczekałem całe działania wojenne. W Psarach było spokojnie. Cała strzelanina miała miejsce w Trzebini i Myślachowicach to jest 5 do 7 kilometrów na zachód od Psar. Nasz dom był na Kopcu. Przypuszczam, że był on celem strzału armatniego z Trzebini. Pocisk przeleciał trochę bokiem, zerwał cegłę z komina domu Władysława Kasprzyka pod Kopcem i wybuchł na brzegu Kleśni. Zresztą cała Stara Wieś leżała w martwym polu dla ostrzału armatniego z Trzebini i Myślachowic.
Z tamtego okresu słyszałem o takim zdarzeniu, że kobiety idące z mlekiem i masłem do Trzebini zostały zapytane przez Niemców o Rosjan. Powiedziały, iż Rosjanie są już w Psarach. Zrobił się wielki ruch w okopach niemieckich i front zatrzymał się na tydzień. Słyszałem również, że na Ostrej Górze w owczarni dwaj zwiadowcy Rosjanin i Niemiec zaskoczeni sobą jednocześnie do siebie strzelili i przez kilka dni ich ciała leżały obok siebie.
Na Nowej Wsi w murowanym domu obok domu Jury kwaterowali oficerowie. Jednemu z nich zwiadowcy niemieccy ukradli mapnik. Oficer ten natychmiast został aresztowany i prawdopodobnie rozstrzelany, ale poza obrębem wsi. Ludzie mówili, że ci żołnierze, którzy nas wyzwalali to są byli więźniowie, którym dwa lata wcześniej przedstawiono propozycję: albo natychmiast idą na front albo od razu zostaną rozstrzelani. Więc wszyscy zgłosili się na ochotnika. Odniosłem wrażenie, że wielu Rosjan było pijanych. Taki wojak jak zapytał się „kuda giermancy”, to szedł ich zabijać. W efekcie w rejonie Trzebini zginęło 10 razy więcej Rosjan niż Niemców. Rosjanie mieli groby w Psarach koło baraku; Niemcy nie mieli żadnych oznakowanych grobów. Później ciała Rosjan przeniesiono na cmentarz do Trzebini.


Po przejściu frontu prawie cała wioska uzbroiła się w broń strzelecką amunicję i granaty. Odbywało się to drogą zabierania broni zabitym, handlu z Rosjanami lub podkradaniu im z podręcznych magazynków. Po pewnym czasie po przejściu frontu w przedsionku naszej piwnicy znalazł się olbrzymi granat moździerzowy. Nie wiem, kto go tam przytargał i w jakim celu. Wchodząc do piwnicy po ziemniaki oglądałem go i zastanawiałem się co by się stało gdybym uderzył w zapalnik. Ale, na szczęście, skończyło się tylko na teoretycznych rozważaniach. Wreszcie na wiosnę zabrano go do Kleśni i postanowiono zdetonować. Dyskutowano jak to zrobić. Uradzono wykopać płytki dół. Założono ładunek detonujący przysypano wszystko ziemią i odpalono lontem górniczym. Przedtem strażacy ogłosili, żeby się pochować. W stosownym momencie, strasznie długo po syrenie, solidnie rąbnęło. I cisza, ale niezupełna, bo okazało się, że kawałek tylnej części granatu wyrwał się z dołu, przeleciał ok. 200 m i uderzył w dach domu niepowodując jednak pożaru. Wydaje mi się, że dół pozostał do dnia dzisiejszego.
Wśród dzieci, a zwłaszcza chłopaków rozwinęła się sztuka strzelania z czego się tylko dało. Dobre efekty dawało nasypanie na kamień kilku ziaren prochu i uderzeniu z góry drugim kamieniem. Nieźle wychodziło wrzucanie nabojów do ognia, ale raczej na podwórku niż w piecu domowym. Dorośli tłumaczyli nam, że amunicji nie należy rozbijać młotkiem, należy najpierw wyjąć pocisk, wysypać proch, a w ogniu zdetonować tylko spłonkę.
Rozpowszechnione było strzelanie z klucza. Należało wziąć klucz meblowy lub od kłódki z otworem wzdłuż osi, gwóźdź o średnicy dopasowanej do otworu w kluczu oraz metrowy kawałek drutu. Drut zginało się na pół, a końce wzajemnie skręcało. Następnie do tych końców mocowało się klucz z jednej strony i gwóźdź z drugiej. W otwór klucza należało wsypać trochę prochu i włożyć gwóźdź tak by sam nie wypadał i zabezpieczał przed wysypaniem się prochu. Z tak przygotowanym przyrządem szukamy dużego kamienia lub pniaka. Następnie z zamachem uderzamy główką gwoździa o ten twardy przedmiot. Drugi koniec gwoździa zgniata proch w kluczu powodując wybuch.
Sztuka polegała na tym, by właściwie dobrać średnice gwoździa i otworu klucza oraz tak dobrać porcję prochu by jak najgłośniej strzeliło, ale nie rozerwało klucza. Ja zaliczałem się do niezłych fachowców, bo udawało mi się zrobić dużo huku przy zachowaniu całych palców. W „warunkach pokojowych”, w tym przyrządzie, proch można zastąpić siarką z zapałek i też strzelało, ale tak jakby słabiej.
Wśród dzieci największym autorytetem cieszył się ten, kto zgromadził najwięcej amunicji lub był najlepszy w rozbrajaniu niewybuchów. Absolutni geniusze w tym fachu kończyli swoje młode życie bezpośrednio przed osiągnięciem pełnego sukcesu. Takich w naszej wiosce nie było, ale w okolicy, i owszem. Wypadki zdarzały się również z bronią. Widziałem jak przypadkowym strzałem z „pepeszy” brat zabił brata. Ten postrzelony wyszedł jeszcze na ganek. Powiedział, kto go zabił padł i rzeczywiście skonał.

Wybory sołtysa

Po wojnie pierwsze wybory sołtysa odbyły się w baraku. Kandydatów było dwóch. Stanisław Kępka z Nowej Wsi i Teofil Malczyk ze Starej Wsi. Kępka był popierany przez PPR, a Malczyk przez PPS. Wygrał ten pierwszy. Przez całe lata uważałem, że były to pierwsze i jedyne uczciwe wybory w naszej wiosce. Po latach Tadek Malczyk opowiedział mi, że na te wybory miał przyjechać delegat z powiatu, członek PSL, który mógł skutecznie zaagitować za przedstawicielem PPS. Bo PSL nie lubił PPS i PPR ale PPR bardziej. Delegat przyjechał, chyba rowerem, ale nie dostał się na zebranie, bo przed barakiem dwóch ludzi z karabinami przekonało go by tam nie szedł. Nie wiem, jakich użyli argumentów, może jakiegoś fortelu, bo później ten wybór został zatwierdzony.

Teren

Budowa geologiczna i struktura gleby

Punkty i miejsca widokowe

Z punktów i miejsc widokowych możemy zobaczyć lub określić kierunek na obiekty wyróżniające się budową, położeniem lub nazwą. Do najciekawszych należą: ruiny owczarni na Ostrej Górze ze starymi bukami, pomnikiem przyrody, młyn wodny (lub jego resztki) w Dulowej, przysiółek Paryż, a dokładniej Paryż Dolny i Paryż Górny oraz pozostałości po hucie i kopalni w Psarach. Określenie lub odnalezienie tych ostatnich miejsc niech będzie zadaniem przyszłych miłośników ziemi chrzanowskiej (jeśli się tacy znajdą).

Najatrakcyjniejszy jest widok z Rojska. Patrząc na północ i w prawo kolejno widzimy: zabudowania, wieżę ciśnień i niestety maszt telefonii komórkowej w Paryżu Górnym. Dalej Ostrężnice, Nową Górę, wzniesienia przed Miękinią, Garb Tenczyński z zamkiem i miejscowości koło Krzeszowic, Nową Wieś, Starą Wieś, wzgórza przed Trzebinią, Zamłynie i Ostrą Górę. Z Rędziny widok jest podobny. Dawniej, kiedy czynny był kamieniołom w Miękini, zwłaszcza wieczorem, na tle wschodniego nieba można było zobaczyć majestatycznie poruszające się punkty. Były to pojemniki z kamieniem, przesyłane kolejką linową z Miękini do Krzeszowic. Z Rędziny jest widoczny Kopiec Kościuszki i był widoczny Kopiec Piłsudskigo, dopóki nie został zamaskowany posadzonymi na nim drzewami. Idąc drogą z Rędziny do Nowej Wsi cięgle widzimy Paryż, aż do początkowych domów na wschodnim krańcu tej osady. Później Rojsko zasłania Paryż i już nie będzie widoczny z żadnego miejsca Psar.

Z Kopca rozciąga się ładny widok na całą Starą Wieś. Na północy widzimy Skotnicę, za nią ścianę lasu. Widok na las może być specyficzną miarą czasu. Pamiętam, że tuż po wojnie była równa krawędź lasu. 20 lat później poszczerbiona została przez wyręby, obecnie już się wyrównała przez nowa zasadzenia. W 50 latach były widoczne resztki lasu z lewej strony drogi na Skotnicę. Obecnie nie ma po nim żadnego śladu. Z opowiadań członków mojej rodziny urodzonych pod koniec XIX wieku wiem, że na Kopcu od północnej strony były resztki brzozowego lasku i oni tam zbierali koźlaki. Na Skotnicy, w dawnych latach palono czarownice. Opowiadanie o czarownicach można między bajki włożyć, bo Psary miały mało mieszkańców, a czarownic nie było wcale. Prawdą natomiast jest to, że na Skotnicy w ziemi były dziury, gdzieś na głębokość 5-7 metrów, połączone płytkimi rowami na powierzchni. Z Kopca i z Rojska przy dobrej pogodzie, w kierunku południowym, na horyzoncie można zobaczyć Pilsko i okoliczne góry.

Domy

Wygląd, konstrukcja, wyposażenie i funkcjonalność domów zmieniały się na przestrzeni dziejów. Ja urodzony w 36 roku, oczywiście XX wieku pamiętam, że domy były drewniane i murowane. Kryte były słomą lub dachówką. Zazwyczaj w suterenie domu lub przybudówce było pomieszczenie dla zwierząt, a były to krowy, konie, świnie, kozy, owce i ptactwo domowe. Pamiętam, domy budowane na planie krzyża. Ścianami nośnymi były dwie ściany krzyżujące się wewnątrz budynku. Były to konstrukcje bardzo niewygodne, nie pozwalały racjonalnie rozmieścić wewnętrznych izb.
Starsze domy miały jedną lub dwie izby. Gdy była jedna izba, znajdowały się w niej: piec, szafa, łóżka, stół, ława, krzesła kredens i miednica z wodą, która służyła za umywalkę. Kiedy w domu były dwie izby, to ta druga była zazwyczaj zamknięta na klucz przed dziećmi i pełniła rolę, taką jak w góralskich chałupach biała izba, czyli była używana od święta lub tylko do spania dla rodziców. Ubikacje budowano z drewna na zewnątrz domu. Miały one nazwę wychodka, a przez ubikacje, określano również pomieszczenia wewnątrz budynku. Przypominam sobie, jak mój ojciec chwalił się, mojemu koledze z Warszawy, wybudowanym właśnie Domem Kultury. Tłumaczył mu, że na parterze są 4 ubikacje, a na piętrze 6. Na zdziwioną minę kolegi dodał, że wychodka nie ma żadnego, a ubikacje, to po prostu, izby (pokoje).
Pomieszczenia dla zwierząt, budowane jako przybudówki izby mieszkalnej, służyły również do ogrzewania tej izby. Kiedy zwierzęta trzymano w jednym domu, to w izbach trudno było utrzymać świeże powietrze, zwłaszcza gdy za ścianą lub pod podłogą trzymało się świnie. Ogrzewanie domów pochodziło od pieca opalanego węglem lub drewnem. Aby oszczędzać ciepło, domy miały małe okna. Ściany ocieplane były warstwą ściółki leśnej gromadzonej na zimę i przytrzymywanej przy ścianie żerdziami pionowymi, od ziemi do strzech dachu. Takie ocieplanie nazywało się cisieniem domu. Ściany drewniane nie wymagały takiego ocieplania.  Oprócz wychodka, na zewnątrz domu znajdowała się kupa obornika, obok którego było zagłębienie na gnojówkę. W domach znajdujących się z dala od strumyka, a takich była zdecydowana większość, znajdował się, w ziemi, zbiornik na wodę deszczową, kałuża, do pojenia bydła
Początkowo wszystkie domy były kryte słomą. Od połowy 18 wieku pojawiła się papa i dachówka robiona z eternitu, ale w czasach mojej młodości (lata 50-te XX wieku) w Psarach wiele domów było krytych słomą. Przy każdym takim domu musiała być drabina, dostająca na szczyt dachu, do kalenicy. Słomiany dach był robiony z wiązek słomy nazywanych kicokami, które, również słomą, były przywiązywane do poziomych drewnianych belek zwanych łatami.

Ścieżki

Ścieżki prowadziły, zazwyczaj, brzegiem wąwozu, w którym szła droga lub miedzami, którymi często przechodzili ludzie i bydło. Należy przypuszczać, że ścieżki pojawiły się wcześniej niż ludzie zbudowali lub wytyczyli drogi. Pewne ścieżki przekształcono w drogi a inne zarosły trawą i zniknęły, kiedy jazda samochodem wyparła pisze wędrówki z Psar na Dulową, z Psar do Trzebini, z Filipowic do Psar lub na Dulową. Ścieżka tworzy się po ok. 100 krotnym przejściu człowieka, a nieużywana zarasta po 10-ciu lub 20-tu latach. Pamiętam, że jeszcze tuż po wojnie ścieżkami chodziło się z Nowej Wsi przez Góry na stacje do Dulowej, z Psar przez Młoszową do Trzebini, z Filipowic i Psar przez Ostrą Górę do Myślachowic i do kopalni na „Zbyszku” i „Arturze”.
Ścieżki tworzyły się w tych warunkach, kiedy ścieżką było bliżej niż drogą. W rejonie Psar ukształtowanie terenu jest takie, że odległości drogowe, zwłaszcza dla samochodów, są dużo większe niż ścieżką lub polną drogą dla wozu konnego. Na przykład, aby się dostać z Psar do Filipowic, samochodem, trzeba jechać przez Karniowice, Dulową i Wolę Filipowską, podczas gdy pieszo ścieżkami, wystarczy pokonać jedno wzniesienie rozdzielające te wioski. Ścieżki przy drodze były wykorzystywane również w ten sposób, że wóz konny poruszał się drogą a woźnica szedł ścieżką, zazwyczaj brzegiem wąwozu. Przy prowadzeniu bydła, krowa szła drogą, pasterz obok, ścieżką.
W latach 70-tych próbowałem ścieżkami iść z Psar do Trzebini. Wywołałem zdziwienie napotkanych młodych mieszkańców Zamłynia tłumacząc im, że przez podwórko ich domu przechodziła ścieżka do Trzebini, w Młoszowej nie mogłem odnaleźć właściwej polnej drogi, tak, że z Młoszowej doszedłem do „przedmieścia” Trzebini, zamiast wyjść na stary cmentarz przy nowym kościele. W kierunku przeciwnym chciałem przejść starą ścieżką górników od „Zbyszka” przez Ostrą Górę do Psar. Zabłądziłem w lesie i zamiast wyjść na mury owczarni na Ostrej Górze wyszedłem na wschodni skraj Myślachowic. I pomyśleć, że tak zmienia się otoczenie człowieka w ciągu życia jednego pokolenia.

Drogi

W Psarach, jak wszędzie drogi prowadziły do pola, do domu lub do innej drogi. Zazwyczaj prowadziły grzbietem wzniesienia lub wzdłuż uskoku terenowego. W czasie deszczu, na drodze zbierała się woda, a na odcinkach, gdzie teren był pochyły, płynęła wypłukując ziemię z podłoża. W ten sposób obniżała się powierzchnia drogi w porównaniu ze swoim poboczem. Więc drogi zaczynały iść wąwozami, co raz głębszymi. Woda płynąca taką drogą tworzyła nowe dziury, które ludzi pracowicie łatali. Droga bardziej uczęszczana, na przykład na Nową Wieś, od Kopca do podnóża wzniesienia, szła głębokim wąwozem i była umocniona kamieniami wapiennymi. Co jakieś 10-15 metrów w poprzek drogi był wstawiony dębowy bal, tworzył on kilkucentymetrowy próg, na którym spływająca woda zwalniała swój prąd i w mniejszym stopniu podmywała brzegi. Dla umocowania stromych brzegów, obsadzano je lub zasiewano olchą. Po 20-tu latach drzewa te dość skutecznie chroniły przed obsuwaniem się ziemi.
Drewniane bale lub kamienne płyty tworzące poprzeczne schodki na drodze, były olbrzymim utrudnieniem przy wjeździe na Kopiec wozów, zwłaszcza z węglem. Organizowano te wjazdy w ten sposób, że wóz z końmi zostawiano pod Kopcem, woźnica lub jego pomocnik szedł na górę po pomoc. Od sąsiada z początku wsi, pożyczał jednego lub dwa konie. Do swojego wozu zaprzęgał, na wagę, i wśród pokrzykiwań i bicia koni, wciągano wozy na górę. Takie zdarzenia były atrakcją dla dzieci, które zbierały się na brzegu wąwozu i kibicowały tej robocie. Zakładano się, czy konie pokonają, z marszu, strome odcinki. Obserwowano, czy równo ciągną, czy się nie przewrócą lub nie zerwą uprzęży. Za wozem szedł jeden lub kilku pomocników woźnicy, których zadaniem było popchnąć zatrzymujący się wóz. Jeden z nich niósł kamień, który podkładał pod koło, bo konie musiały odpocząć, poprawić swoje ustawienie, poluzować postronki, by po chwili zdobyć się na kolejny wysiłek.
Szczególnie atrakcyjne było widowisko wciągania na górę dużych kopalnianych wozów z węglem. Te wozy, po szosie ciągnione były przez parę koni, a na Kopiec wciągane były przez 4 lub 6 koni, z głośnym pokrzykiwaniem, poganianiem i przekleństwami woźniców Sztuką było tak zaprząc konie, by z pary jeden drugiego zbytnio nie przeciągał i to by jednocześnie zaczęły ciągnąć. Po każdym przejeździe takiego wozu, my dzieci, szliśmy drogą z koszykiem i zbieraliśmy węgiel, który spadł z wozu. Jednorazowo można było zebrać 2 do 3 kilogramów węgla. Były to ilości symboliczne, ale taki był zwyczaj. Przed wybudowaniem nowej drogi na Zamłyniu, stara szła stromo w górę, przy zakolu strumyka rozwidlała się na Ostrą Górę i na Psary, by łagodnie opadać aż do mostku na rzece. Wozy musiały pokonać to wzniesienie, a później wdrapać się na Kopiec. Wszystko odbywało się wśród pokrzykiwań i przekleństw roznoszących się na całą wioskę. Bardzo strome odcinki drogi były na Ostrą Górę, na Skotnicę i na Rojsko, ale ja nie pamiętam by ktoś tam jeździł w górę załadowanym wozem.
Z biegiem czasu drogi zmieniają swój przebieg, przeznaczenie i powierzchnie. Najważniejsze było poprowadzenie drogi do Psar, wzdłuż strumyka, zamiast stromo pod górę, koło Grochala. Wykonano to zaraz po wojnie, w dużym stopniu, w czynie społecznym. Dalsza przebudowa polegała na poszerzaniu i zmianie nawierzchni. Drogę na Nową Wieś, biegnącą wąwozem, poszerzono podnosząc jej powierzchnie i nakładając asfalt, ale i tak pozostał problem mijania się dwóch samochodów. Zrobiono, więc dojazd od strony wschodniej, przez Rędzinę. Niekiedy z przebiegu drogi przez wieś, można odczytać aspołeczne postawy mieszkańców, którzy drogę przed swoim domem zwężali ponad miarę, stawiając płoty i mury oporowe wysunięte do osi drogi.
Polne drogi, zwłaszcza na płaskich odcinkach, miały taką powierzchnię: w osi drogi biegła wąska miedza, z obu jej stron znajdowały się zagłębione pasy, odciśnięte kołami wozów i kopytami koni, które były zaprzęgnięte z boku dyszla, mniej, więcej na linii kół. W dawnych czasach, drogi mogły mieć inny przebieg. Jeszcze teraz ukształtowanie zachodniego zbocza Kopca świadczy o tym, że kiedyś biegła tam droga na Nową Wieś. Na tym zboczu, tuż przy jego koronie można zauważyć wiszącą nad stromizną, polną drogę, a właściwie szeroką ścieżkę do pola zbudowaną tytaniczną pracą Malczyków, w czasie wojny i tuż po wojnie. Po wybudowaniu, z drogi tej nigdy intensywnie nie korzystali, sądzę, że z obawy przed osunięciem się jej fragmentów pod ciężarem wozu lub taczek. Słyszałem, że Kleśnią prowadziła droga do Filipowic, ale trudno w to uwierzyć po współczesnym ukształtowaniu terenu, zwłaszcza na wschodnim końcu Kleśni. Niektóre drogi na pewnych odcinkach szły głębokimi wąwozami. Na przykład droga na Ostrą górę koło Pałki była w głębokim wąwozie miejscami o 2 metry niżej od ścieżki biegnącej skrajem tego wąwozu.
Szczególną drogą w okolicy Psar jest Szlak Dawnego Górnictwa zaczyna się w Płokach w pobliżu kościoła, na północ od niego. Przechodzi przez Galman i dalej między Paryżem Górnym a Rojskiem. Dochodzi do Stawisk do drogi na północnym końcu tej miejscowości.

Lasy

Wiele prawdy zachowało się w powiedzeniu „Nie było nas – był las” Współczesne lasy są resztkami pierwotnej puszczy i tego, co nasi przodkowie pozostawili po sobie. Nie dysponujemy mapami lub rysunkami naszej okolicy sprzed 200 – 300 lat. Ale ze szczątkowych zapisów wynika, że na naszych terenach, na skutek rabunkowej działalności górniczo – hutniczej, duże fragmenty dzisiejszego lasu na północ i wschód od Psar były pozbawione drzew, a były porośnięte trawą i krzewami. Uwzględniając dawne obszary leśne położenie Psar można określić tak, że jest to miejscowość leżąca na południe od Puszczy Płockiej (od miejscowości Płoki)i na północ od Puszczy Dulowskiej. Współcześnie nasza miejscowość graniczy od północy i wschodu z resztkami Puszczy Płockiej. Las znajduje się między Psarami a Płokami. Między Psarami a Paryżem i Stawiskami. Las jest również między Psarami a Myślachowicami oraz Między Psarami a Dołami Karniowickimi i Dołami Dulowskimi. Szczątkowe zagajniki, 100 lat temu, były na Kopcu (brzoza) oraz z lewej strony drogi na Skotnicę (sosna).

Pola

Pola uprawne, pierwotnie zostały wytyczone na początku osadnictwa ludzkiego, przez podział obszaru ziemi na pasy od rzeki do lasu lub rozpadliny terenowej. Kiedy mieszkańców przybywało, w następnych pokoleniach te pasy dzielono na co raz węższe, aż do kilkumetrowych. Poszczególne pola były oddzielone od siebie miedzami. Często istnienie miedzy jest uwarunkowane pochyłością terenu. Pola przybierały w miarę płaską powierzchnie, a miedze pozwalały nadać im cechę tarasów. Przypuszczam, że początkowo do każdego pola prowadziła droga o szerokości wozu konnego. Później, na skutek dalszych podziałów powstały pola bez drogi dojazdowej po swoim. Stąd wynikały kłopoty, kłótnie i bójki, bo nie zawsze sąsiedzi mogli się dogadać, co do możliwości użytkowania własnego pola.
Miedze miały zazwyczaj taką szerokość, która pozwalała przejść wygodnie jednemu człowiekowi lub jednej krowie, czyli 30-50 cm. Miedze na jednym poziomie były, niekiedy, przesuwane wystarczyło, ze jeden sąsiad ze swojej strony podorywał miedzę a drugi nie, by po 10-20 latach miedza przesuwała się prawie o 1-2 metry. Trudniej było przesunąć miedzę, która oddzielała terasowate pola, ale i ona przesuwała się nieznacznie w stronę pola niższego. Pola bez dojazdu były uprawiane w specjalny sposób, zostawiano na nich pasek z uprawą wcześniej zbieraną np. zbożem, by po nim można było przejechać do ziemniaków lub buraków.
Pola były uprawiane na własne potrzeby, stąd siało się żyto, jęczmień owies, i pszenicę, a sadziło się: ziemniaki, groch, kapustę karpiele i buraki. Psary miały charakter, bardziej osady robotniczej niż typowej wioski. Gospodarstwa były raczej ubogie posiadały od 2 do 5 mórg, a morga, o ile pamiętam, to 53 ary. W Filipowicach mieszkali ludzie bardziej majętni. Absolutnym „obszarnikiem” był pan Jaskuła z Dulowej. Do niego chodziło się na roboty. Pracowało się na dniówki. Dniówka to była również forma rozliczeń pomocy wzajemnej, Najtaniej była wyceniona dniówka baby. Chłopi byli zatrudnieni do cięższej roboty np. koszenia zboża. Dniówka chłopa była wyceniona na 1,5 dniówki baby. Najwyżej była ceniona dniówka pracy z koniem, równała się 5 dniówkom baby.

Woda

Przez Psary przepływają strumyki, od których rozpoczęło się osadnictwo ludzkie. Można przypuszczać, że najpierw zaludniła się Stara Wieś, a kiedy zabrakło miejsca, osadnictwo przeniosło się na grzbiet wzniesienia, i tak powstała Nowa Wieś. Numeracja domów jednak temu zaprzecza, bo dom nr 1 był na Starej Wsi, a nr 2 na Nowej. Stąd wniosek, że numeracja domów została wprowadzona, kiedy były już zasiedlone obie części wioski. Woda była pobierana z rzeki lub ze źródła, do wiader zaczepionych na ukształtowanej belce noszonej poziomo na ramionach. Wiadra były mocowane do końców belki drutami lub łańcuszkami. Ten przyrząd do noszenia wody nazywał się nosidłami lub nosajkami. Do wiadra wchodziło 12 litrów wody tak, więc dorosła osoba, jednorazowo, mogła przynieś 20-24 litrów. Dzieci chodziły po wodę z bańkami lub do wiader nie nalewały do pełna. Zdolność przyniesienia do domu dwóch pełnych wiader wody była miarą dorosłości. Jak chłopak potrafił to zrobić, to się do czegoś nadawał. Przynoszenie wody do domu na Nową Wieś było wielką mordęgą, zwłaszcza zimą, kiedy ścieżka od Stoku była oblodzona i trzeba było się po niej wspinać z ciężkimi wiadrami. 20 litrów wody na jedną rodzinę wystarczyło na jakieś 2-3 dni, chyba, że urządzało się kompanie lub pranie. Wtedy należało nanosić więcej wody. Woda, w domu, była przechowywana w beczkach – do gotowania, a w miednicy do mycia. Oczywiście wodę w miednicy zmieniano, co jakiś czas.
Wodę dla zwierząt, głównie dla krów, gromadziło się w przydrożnych dołach o podłożu glinianym, które nazywały się kałużami. Kiedy, w czasie deszczu, woda puściła się drogą, wtedy należało na drodze wykopać płytki rowek lub usypać przegrodę, by skierować wodę do swojej kałuży. Najdalej do wody mieli gospodarze mieszkający na Kopcu i na drugim, wschodnim, końcu Nowej Wsi, było to ponad pół kilometra. Walka ludzi o wodę, lub lepiej, o dostęp do wody przybierała formę mozolnego kopania studni. Pamiętam, że w środku Nowej Wsi była studnia głęboka na jakieś 20 metrów, ale nie było w niej wody. Swoistym symbolem ludzkiego uporu, była studnia Pod Wiechą. Cembrowana była klockami dębowymi, miała głębokość ok. 30 metrów, ale również tam nie było zdrowej wody.
W niektórych studniach z pompą głębinową, woda nagle zanikała. Ponieważ do pompy była podłączona instalacja domowa, to zasadne było nalewanie do studni wody przywiezionej w dużej beczce, by ją pobierać z kranów zainstalowanych w kuchni czy w łazience. Strumyki w Psarach, w okresie jednego pokolenia, pojawiały się zanikały lub zmieniały swój bieg. Były miejsca, gdzie biło źródełko, pojawiał się od niego mały strumyk, który po kilkudziesięciu metrach zanikał w trawie.

Powietrze

Stan powietrza jest kształtowany przez środowisko roślinne wpływające na eliminacje pyłów i dostarczanie do atmosfery tlenu i olejków eterycznych oraz przez środowisko zwierzęce dostarczające do atmosfery dwutlenku węgla i przez środowisko techniczne dostarczające do atmosfery dwutlenku węgla, gazów przemysłowych i zanieczyszczeń pylistych. Wpływ środowiska zwierzęcego jest pomijalnie mały. Wpływ środowiska roślinnego jest pozytywny i niezmienny w skali jednego pokolenia. Wpływ środowiska technicznego jest zależny od intensywności ruchu samochodowego i szkodliwego wpływu działalności zakładów przemysłowych. Jest on bezpośrednio odczuwalny przez ludzi, zwierzęta i roślinność z intensywnością zależną od położenia względem źródła zanieczyszczeń, róży wiatrów i ukształtowania terenu.

Życie

Głód i bieda

W czasach mojej młodości, starzy ludzie opowiadali, jaka była bieda i jaki panował głód, zwłaszcza na przednówku. Tę sytuację lokowano w czasach zaborów, przed pierwszą wojną światową. Niedostatki brały się z przeludnienia, braku ziemi i braku pracy. Gdy w rodzinie pracował ojciec, to tylko on i dzieci jedli w miarę do syta. Dzieci, jak dzieci, zawsze się o nie dbało, a ojciec po to żeby nie zasłabł w robocie. Najbardziej pokrzywdzona była matka, która zostawała w domu, przy dzieciach.  Z tych czasów znana była bardzo oryginalna potrawa jedzona tylko na przednówku. Były to kluski gotowane z mąki robionej przez potłuczenie w stępce zamrożonych i wysuszonych ziemniaków. W zimie, roku dobrego urodzaju, ziemniaki, po obraniu wykładano na mróz, a następnie suszono na piecu. Otrzymywano twarde czarne kamyki, które przez lata można było przechowywać w suchym miejscu. Kiedy przyszedł głód, te kamyki tłuczono na mąkę i gotowano. Pewnego razu usłyszałem w telewizji, że ten sposób korzystania z ziemniaków był znany i stosowany przez Indian peruwiańskich.
Podstawą wyżywienia był ziemniak. Gdy w domu zabrakło mąki to było źle, ale gdy zabrakło ziemniaków, to już było bardzo źle. Sytuacja żywnościowa zdecydowanie poprawiła się po wojnie światowej – tej drugiej. Gdy w rodzinie pracowały dwie lub więcej osób, można było zjeść dobrze i do syta, kupić sprzęt domowy, a nawet, w krótkim czasie wybudować murowany wielopokojowy dom, a później motocykl lub samochód. Z tego co pamiętam, sytuacja większości mieszkańców pogorszyła się w czasach Solidarności, kiedy rozpoczęło się zamykanie zakładów pracy, zwłaszcza kopalń, w Trzebini i okolicy.





Zajęcia domowe

Od najmłodszych lat pasałem krowę, jedną krowę. Opowiadałem później, że kiedy miałem 4 lata, to już pasałem krowę. Starsze rodzeństwo, w zależności od humoru, korygowało tę datę o rok, a nawet dwa. Prawdą jest, że było to na pewno, przed pójściem do szkoły. Krowę pasało się na miedzach lub przy skraju lasu albo na leśnych polanach. Kiedy pasłem na miedzy, technika była następująca: krowa sobie jadła trawę na miedzy, a ja stałem lub siadałem przed nią na długość łańcucha, kiedy do mnie dochodziła, to zmieniałem swoje stanowisko dowodzenia o kilka metrów. Krowa ze swoim pasterzem prowadziła swoistą grę, jadła sobie trawę, ale jednocześnie obserwowała otoczenie i szukała lepszej kępki. To lepsze było zazwyczaj młodą koniczyną, zbożem lub ziemniakami. Jak się na nią nie patrzyło, to momentalnie zmieniała menu. Kiedy tylko zobaczyłem że skubnie coś smaczniejszego z pola, to przesyłałem jej karcący sygnał w postaci takiego szarpnięcia łańcuchem, że grzbiet fali z łańcucha, przelatywał ode mnie do jej łba. Wtedy zrozumiała, że zrobiła coś niestosownego i wracała z pyskiem na swoje miejsce. Niekiedy wystarczyło na nią krzyknąć lub groźniej popatrzeć.
W pewnych okresach prac polowych, krowę można było uwiązać na kołku, wyznaczając jej łańcuchem odpowiedni okrąg na wyjedzenie koniczyny, wyki lub trawy. Krowę pasało się na dwie zmiany, od rana do południa i po dojeniu, po południu do zachodu słońca. Od czasu do czasu umawialiśmy się z kolegami na pasienie krowy w określonym miejscu. Były to sąsiadujące pola, brzegi lasu lub polany leśne. Wtedy mogliśmy się pobawić, pogadać, zagrać w piłkę lub rozpalić ognisko. Gdy miałem 10 – 11 lat mieliśmy jedną krowę i jedną owcę. Owca była trochę dzika, nie podchodziła do nikogo, aby ją złapać, trzeba było się trochę nagimnastykować. Nie lubiła chodzić na powrozie, więc krowę trzymałem na łańcuchu, a owca biegała luzem.
Z przyjemnością wspominam te chwile, kiedy umawialiśmy się na pasienie do lasu. Wtedy wszyscy musieli pilnować swoich krów, a ja puszczałem swoją krowę i owcę, wolno. Owca bała się lasu, więc trzymała się blisko krowy, a krowie było obojętne gdzie jest, byle miała co jeść. Gdy przyszedł czas gnać do domu, ja wołałem: baziu, baziu meee, a owca odpowiadała mee, mee, niekiedy nawet z odległości kilkuset metrów. Zabierałem krowę, na łańcuch i maszerowaliśmy do domu. W takich przypadkach miałem komfort nieprzerwanej zabawy, podczas gdy inni musieli cały czas pilnować swoich krów. W lesie mogliśmy grać „w buka” palić ognisko lub opowiadać coś sobie.
Częstym obrządkiem było palenie ogniska na polanie leśnej. Ognisko paliliśmy pod dużym świerkiem, który miał do połowy wypalony pień. My, oczywiście nie mieliśmy żadnych obaw przed podpaleniem lasu, no bo przecież ktoś przed nami palił ognisko pod tym świerkiem i nic się nie stało, to dlaczego my mieliśmy go podpalić. Dowiedziałem się później, że te nasze zabawy, o mało co, nie zakończyły się interwencją strażaków. Wyobraźmy sobie, że przy bezwietrznej pogodzie, ze środka lasu zaczyna się unosić słup dymu i przez całe godziny, on nie zanika, ale również nie rozprzestrzenia się. Po 50-ciu latach, z żoną, znaleźliśmy ten świerk, ma nadal nadpalony pień, ale jest żywy. Zachodziłem w głowę, jakim to cudem, przy takim stopniu nadpalenia, nie zajęło się całe drzewo, no ale tak było.
Wiedziałem, że gdzieś tam na wschodzie toczy się wojna, wiedziałem, że na wschodzie jest Rosja, a na zachodzie Niemcy. Naszło mnie olśnienie, że Niemcy tę wojnę muszą przegrać, bo leżą na zachodzie a Rosja na wschodzie. Postanowiłem podzielić się swoim odkryciem z patrolem strażników, który przez wieś udawał się nad granicę. Zatrzymałem ich i powiedziałem im o swoim odkryciu. Niemcy przyjęli to do wiadomości i chyba nawet pogłaskali mnie po głowie. O swoim wyczynie opowiedziałem, po chwili, swoim rodzicom, wzbudzając w nich zdumienie, a później przerażenie. Zapytali czujnie czy Niemcy pytali się, w którym domu mieszkam. Odpowiedziałem, że o nic się nie pytali. To ich trochę uspokoiło. Nawet nie dostałem lania za swoje odkrycie. Po latach analizowałem reakcje Niemców i doszedłem do wniosku, że z tego co im powiedziałem to nic nie zrozumieli, albo byli to Austriacy, którzy Hitlera i całą jego wojnę mieli w dupie.
Przez Psary przechodziła granica między Rzeszą a Gubernią. Granica szła działem wodnym między dopływem Dulówki a dopływem Filipówki. Ponieważ nasze pole na Rędzinie było na grzbiecie tego działu wodnego, to pracując na polu znajdowaliśmy się co raz to Rzeszy bądź w Guberni. Mój starszy brat pracował w Oświęcimiu. W tej samej fabryce pracowali więźniowie z miejscowej filii obozu. Pamiętam, że któregoś dnia, latem przyprowadził dwóch więźniów do nas. W ogrodzie przy mnie rozmawiali, co robić dalej, czy uciekać na wschód, czy wracać do obozu. Ci ludzie mieli świadomość, że jak któryś z nich ucieknie, to 100 osób z ich grupy zostanie rozstrzelanych. Dyskutowali z sobą, co robić dalej. Jeden postanowił wrócić, a drugi uciekać, argumentując swoją decyzję, że wszystkich więźniów czeka zagłada, więc jeśli mam okazję uciec, to ucieknę. Tego drugiego więźnia ja odprowadziłem do granicy. Wziąłem od ciotki kozę i z tym człowiekiem pomaszerowaliśmy drogą przez całą wieś, w stronę granicy. Mogliśmy to zrobić inaczej, a mianowicie mogliśmy iść ścieżkami, za domami, ale ja uznałem, że tak będzie najbezpieczniej. Obiecał, że gdy szczęśliwie dotrze do swojego domu na wschodzie, to po wojnie napisze lub przyjedzie do nas. Nigdy od niego nie otrzymaliśmy żadnej wiadomości, ale również nie było wiadomości, że został złapany w pobliżu granicy. Wydaje mi się, że było to latem 44 roku.

Przedsięwzięcia gospodarcze

Od czasu, gdy sięgam swoją pamięcią lub słyszałem z opowiadań rówieśników moich rodziców, następujące przedsięwzięcia gospodarcze przyczyniły się do istotnego postępu cywilizacyjnego na terenie Psar. Była to budowa drogi z Dulowej przez Karniowice do Psar. Budowano ją przed Pierwszą Wojną Światową. Na odcinku od Zarzyn do Psar biegnie ona wzdłuż rzeczki, która na końcowym odcinku nazywa się Dulówka. Były to czasy strukturalnego bezrobocia. Przy jej budowie zastosowano, w czystej formie solidarność społeczną, Jeden robotnik pracował trzy dni w tygodniu, a drugi pozostałe trzy, Dzielono się więc pracą, o którą było bardzo trudno.  Tuż po ostatniej wojnie wybudowano kilkuset metrowy odcinek drogi na Zamłyniu, nad rzeczką, z pominięciem wzniesienia na dzisiejszej ulicy „Zamłynie” i wybudowano mostek na tym strumyku w miejsce starego drewnianego, który został zniszczony w czasie wojny. Następnym przedsięwzięciem była elektryfikacja, wykonywana, w dużej mierze sposobem gospodarczym i przy autentycznym zaangażowaniu społecznym. Prąd do Psar doprowadzono w 46 roku, za cenę jednego litra wódki. Później, koszty doprowadzenia prądy do Stawisk były dziesięciokrotnie wyższe, a do Filipowic nawet stukrotnie wyższe.
Z wielką radością witaliśmy podłączenie domów do sieci. Początkowo podłączono 3-4 domy, później resztę. Było to w letni pogodny wieczór. Najpierw światło rozbłysło u Bodzenty, w następnej kolejności u Kępki na Kopcu, a później u Kasprzyka pod Kopcem. Dalszych szczęśliwców nie pamiętam, albo może ich nie było w tym dniu. Kiedy już mieliśmy prąd w domu, ja postanowiłem sprawdzić jak to jest gdy człowieka „prąd kopnie”. W izbie, stojąc na drewnianej suchej podłodze, włożyłem jeden koniec nożyczek do gniazdka. Na drugim końcu oparłem blaszaną krawędź linijki (miałem drewnianą linijkę z blaszanymi krawędziami) i do drugiego końca tej linijki dotknąłem palcem. Trzepnęło mnie solidnie, ale nic mi się nie stało. Mogłem się jednak kolegom pochwalić, że ja już wiem „jak prąd kopie”.
Kolejnym, była budowa wodociągu na Nowej Wsi. Nastąpiło to w latach 60-tych. Pierwsze urządzenia wyglądały tak: w środku Nowej Wsi wybudowano wieże ciśnień. Pobór wody był przy Stoku, tam zainstalowano pompę tłoczącą. Na początku organizacja „puszczania wody” wymagała zaangażowania dwóch ludzi. Jeden szedł do Stoku włączyć silnik, a drugi do wieży ciśnień. Gdy woda zaczynała się przelewać z wieży, obserwator, biegiem puszczał się do Stoku z informacją, że się przelewa i trzeba wyłączyć. Tę funkcje obserwatora i gońca chętnie pełniły dzieci. Była to autentyczna frajda zrobić szybko coś ważnego i dobrego. Przypuszczam, że system ten, w krótkim czasie usprawniono, ale na początku tak było.
W kolejnych latach realizowano następne przedsięwzięcia, a mianowicie: budowa dróg do jazdy samochodem, zwłaszcza na Nową Wieś, przystosowywanie dróg do ruch dwukierunkowego, budowa wodociągów dla całego rejonu: Dulowa, Karniowice i Psary oraz gazyfikacja tego regionu. Odnotować należ również utworzenie w naszej wiosce ulic i nadanie im stosownych nazw. Ale niech mieszkańcy Psar pokryją się wstydem, bo nie nazwano żadnej ulicy mianem Rodziny Gąsiorów lub nazwiskiem, chociaż jednego z jej członków, naszych bohaterów bestialsko pomordowanych przez Niemców w Oświęcimiu, na przykład Janiny Jasińskiej.

Wojna i okupacja

Początku wojny nie pamiętam. Miałem wtedy 3 lata. Wiem, że wojna oprócz działania wojska, które miało miejsce gdzieś obok, charakteryzowała się ucieczkami ludności cywilnej w różnych kierunkach. U nas funkcjonowała legenda Ojcowa, gdzie można było się uratować. Nasza rodzina składała się z pięciu osób. W momencie wybuchu wojny ojciec miał 40 lat i nie został zmobilizowany, mama 39 lat, starszy brat 13, siostra 8 a ja 3 lata. Po wybuchu wojny ojciec zabrał brata i zaczął uciekać w stronę Ojcowa. Przeżyli trudy i niebezpieczeństwa wojennych wędrówek. Kolumna uciekinierów była bombardowana i ostrzeliwana. Ojciec z bratem po kilku dniach wrócili z ucieczki bez szwanku. Okazało się, że w Psarach nie było walk a nawet przemarszu wojska skutkiem szczególnego położenia wioski, w której nie było obiektów godnych obrony oraz dróg komunikacyjnych.
Gdy rodziła się moja świadomość społeczna Niemcy we wsi już byli. Na Zamłyniu mieli strażnicę nazywaną barakiem skąd zazwyczaj dwuosobowe patrole przez Kopiec i Nową Wieś wychodziły nad granice do zachodniego skraju Filipowić. Barak był na wzgórzu, tam gdzie teraz jest przychodnia lekarska. To był drewniany budynek otoczony wysokim płotem z niemalowanych desek. Przed barakiem była popularna pompa ssąco-tłocząca z ręczną dźwignią. Do baraku prowadziła wąska droga dojazdowa i doprowadzona była linia telefoniczna. Ja nie miałem żadnego interesu kręcić się koło baraku, ale prawie codziennie widziałem patrol idący nad granice.
W 1943 roku poszedłem do szkoły. Byłem w klasie łączonej z drugą klasą a nawet z trzecią. W następnym roku też chodziłem do tej starej szkoły. Zajęcia prowadziła Pani …, która mieszkała w budynku szkolnym. Nie odczuwałem grozy okupacji, ale wracając ze szkoły bałem się czy zastanę w domu rodziców, czy nie zostali aresztowani. Wyzwolenie zdjęło ze mnie ten wewnętrzny niepokój. W czasie okupacji ludzie normalnie pracowali, działały zakłady pracy w Trzebini i okolicach. Życie toczyło się normalnie, ale był ciągły strach przed zdradą i aresztowaniem. Pewnego wieczoru latem 1944r ojciec zawołał mnie do ogrodu na Kopiec i mówi – Zobacz, Niemcy w Oświęcimiu palą ludzi. 5.10.1941 Niczego nie zobaczyłem, ale zapach palonych ciał utkwił mi w pamięci. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech zapyta jeszcze żyjących moich rówieśników z Nowej Wsi. Ja pytałem, potwierdzili bez wahania.  Ostatnim sołtysem w Polsce przedwojennej był Gąsior spod kopca. Przez jego podwórko przechodziła ścieżka z Kopca, skrajem dawnej drogi, na Starą Wieś. W czasie wojny sołtysem był Wojciech Maro, podejrzewany o sympatie proniemieckie. Tuż po wyzwoleniu zaczął działać przemysł ulokowany w Trzebini i Chrzanowie. Górnicy, przy wypędzeniu Niemców, nie pozwolili zalać kopalni. Tak, że one stały tylko przez tydzień, kiedy front zatrzymał się właśnie w Trzebini.

Czasy powojenne

Ożywienie gospodarcze możemy zawdzięczać ludziom i partiom politycznym. Wydaje mi się, że w Psarach duże wpływy miały Polska Partia Robotnicza i Polska Partia Socjalistyczna. Odnotowałem w pamięci, że aktywnymi działaczami społecznymi tuż po wojnie byli: Franciszek Bodzenta, Stanisław Kępka, Julian Bartosik, Stanisław Kocot, Józef Kłosek, Stanisław Banasik – po powrocie z Francji i Kazimierz Gąsior – po powrocie z leczenia w Stanach Zjednoczonych i inni. Ożywienie to było widoczne na każdym kroku. Ludzie mieli pracę. Jeśli kilka osób z rodziny pracowało w przemyśle, to sytuacja tych osób była dobra. Posiadana ziemia zazwyczaj pozwalała na wyprodukowanie żywności na własne potrzeby, a zarobki z przemysłu pozwalały na wybudowanie domu. Budowa domów, w pewnym okresie przyjęła takie rozmiary, że Stara Wieś miała w większości nowe domy, a Nowa Wieś korzystała jeszcze ze starych.
Droga do pracy, zwłaszcza zimą, stanowiła istne przekleństwo. Niektórzy górnicy Mieszkali w Filipowicach, Stawiskach lub w Paryżu, a pracowali na „Zbyszku” lub na „Arturze”. Taki górnik musiał dwa razy dziennie przejść po 5 do 8 kilometrów. Musiał iść w zimie po zaspach na szychtę i z szychty. Dziewczyny pracujące w Chełmku z Nowej Wsi szły ścieżkami przez Góry do stacji na Dulowej, następnie pociągiem do Trzebini, a stamtąd do Chełmka. Te, które pracowały w „Gumowni” dojeżdżały do Trzebini i dalej tylko kawałek do fabryki. Po pewnym czasie pracowników zaczęto dowozić do zakładów pracy. Naliczyłem, że z Psar na dobę odjeżdżało 36 samochodów lub autobusów pracowniczych.  Ludzie zaczęli spełniać swoje marzenia. Marzyli, by była praca, by można było do niej dojechać, by godziwie zarobić. By można wybudować dom, mieć dzieci i być szczęśliwym. W dużej mierze marzenia te spełniali wspólną pracą całej rodziny i autentyczną pracą społeczną. Można to było zauważyć przy elektryfikacji . W autentycznym czynie społecznym wybudowano transformator, pozwożono i poustawiano słupy niskiego napięcia. Poprzeciągano przewody. Radosne było pojawienie się światła elektrycznego w domu zamiast kłopotliwej lampy naftowej lub karbidowej.
Z drogą na Zamłyniu też była fajna rzecz. Dobry był pomysł by zamiast stromo w górę i później w dół drogę poprowadzić łagodnie w górę wzdłuż rzeczki. A wykonanie, to autentyczna praca społeczna pod nadzorem miejscowych fachowców. Na wodociąg na Nową Wieś przyszło poczekać kilka lat. On też, w dużym stopniu, został wybudowany w czynie społecznym.

Ludzie i praca

Pierwszym sołtysem po wojnie był Stanisław Kępka z Kopca. Do jego najbliższych współpracowników, z pamięci, mogę zaliczyć Juliana Bartosika, Franciszka Bodzentę, …Kłyska i Stanisława Kocota. Za kadencji Kępki dokonano elektryfikacji wsi, Wybudowano drogę na Zamłyniu i mostek na strumyku przed kapliczką pod Kopcem. Był to czas powszechnego entuzjazmu i wielu oddolnych inicjatyw. Były też próby humorystyczne. Wiadomo, że w czasie deszczu woda z Nowej wsi spływała z Kopca do kapliczki niszcząc drogę biegnącą wąwozem. Ktoś wpadł na pomysł by ją puścić wzdłuż starej drogi górniczej, a następnie stromym brzegiem do transformatora. Wszystko było ładnie. Woda wesoło sobie płynęła, a po ustaniu deszczu okazało się, że naniosła piasku, gliny i kamieni oraz zniszczyła trawniki na swojej drodze. Przy następnym deszczu woda wróciła do swojego wcześniejszego koryta.

* * *

Tu chcę wymienić kolejnych sołtysów i ludzi zaangażowanych w dalszą rozbudowę i unowocześnienie wsi. Mam na myśli: budowę domu kultury, doprowadzenie wody na Nową Wieś, budowę sieci wodociągowej dla całej wioski, budowę dróg, wytyczenie ulic, odnowę kapliczki, budowę kościoła, założenie telefonów, budowę remizy strażackiej, gazyfikację i wreszcie kanalizację wsi. To wszystko i jeszcze więcej przedstawił wieloletni sołtys wielce zasłużony dla Psar Pan Jan Traczyński.
MK

* * *

Część napisana przez Jana Traczyńskiego

Początki osady mieszkańców Psar

Choć urok położenia geograficznego nie odbiega od podgórskiej Rabki, otoczony uroczymi wzniesieniami i pasmem pięknego lasu iglasto-liściastego, który zasila nas tlenem. Pierwsi osiedleńcy, zwłaszcza doliny Starej Wsi, mieli największe trudności, bo rozlewające się strumyki, które wypływały ze źródeł górnej części doliny, tworzyły duże mokradła, a strefa Bocizna tak nazywana od błota, to legowisko żab, była najpóźniej zabudowana.
Te trudne warunki, a także górzysty teren odstraszały bogatszych ziemian do zakładania swoich dworków, jak to miało miejsce w Płokach, Myślachowicach, czy Młoszowej. Pierwsze 14 domków drewnianych słomą krytych zapamiętano w 1790r. na Starej Wsi i 5 na Nowej Wsi. Były to małe domki, sień oraz izdebka bez komina. Ziemie początkowo uprawiano bliżej domu i lepszą. Uprawiano wówczas przeważnie żyto i owies, sadzono ziemniaki, brukiew i kapustę. Plony były bardzo niskie. Hodowano kozy. Latem nie było problemu, bo cały czas żywiły się na pastwisku. Zimą często trudno je było wyżywić, brakowało paszy była, więc konieczność je zabijać. Z jednej strony – radość bo rodzina zjadła trochę mięsa długo oczekiwanego, ale zabrakło mleka dla dzieci a to ich główne wyżywienie.
Mężczyźni pracowali wówczas w lasach w dworach i kopalniach galmanu, które ciągnęły się od północnej strony Psar aż do Lgoty i Płók. Praca dzienna trwała 12 godzin. Żona musiała mężowi zapewnić jedzenie na taką dniówkę. Większe dzieci w tych czasach nie chodziły do szkoły, bo pracowały z mamą na roli, mniejsze zostawały w domu. Duże szczęście, gdy w domu były kozy, bo to była podpora żywienia dzieci. Często nawet chleba im brakowało, każdą okruszkę z ziemi podnosiły. Może trochę więcej jedzenia mieli kmiecie, to rodziny które miały ok. 4 morgi ziemi, ale i oni mieli mało czasu aby swoją ziemię uprawiać, bo mieli dużo pańszczyzny w dworze odrabiać, płacić dziesięcinę, a nawet daninę do dworu dostarczać.
Zdarzały się przypadki odważniejszych chłopów na kłusowanie pomimo zakazów i braku narzędzi do chwytania dziczyzny. Takich zdarzeń było dużo. Kopano doły dość głębokie z pionowymi bocznymi ścianami, maskowano je gałęziami i trawą. Wpadająca zwierzyna już się nie mogła wydostać.  Ciężka była dola takiego biednego kłusownika, który chciał dokarmić trochę mięsem swoją rodzinę i ktoś doniósł na niego wójtowi czy innej władzy. Musiał się stawić do miasta Nowa Góra lub do Trzebini przed oblicze komisarza, tam on orzekał karę za różne przewinienia: nieodrobienie w całości pańszczyzny, niewpłacenie dziesięciny. Przed budynkiem stał stół, winny rozbierał ubranie i odmierzano mu karę zwaną „somarą”. Komisarz dodatkowo wymierzał odrabianie pańszczyzny. Po zakończeniu wymierzonej kary, winny był obowiązany podziękować i pocałować w rękę komisarza i wymierzającego mu karę oraz oświadczyć swą poprawę.
Po roku 1826 w Psarach przybywało coraz więcej ludności, przykładowo w Psarach i okolicach było: Psary 58 domów, Lgota 37, Płoki 35, Bolęcin 56, Dulowa 19, Karniowice 40, Siersza 35 Młoszowa 49 i Myślachowice 60 domów. Chłopi woleli zamieszkiwać w miejscowości gdzie nie było takiej sytuacji jak przykładowo w Płokach i Myślachowicach Trzebini czy Młoszowej gdzie dwory uprawiały ziemię najlepszą, a chłopom zezwalały karczować ugory i je uprawiać. Druga przyczyna osiedlania się chłopów w miejscowości Psary, to rozpoczynające się kopalnictwo galmanów cynku i ołowiu, ciągnące się od Skotnicy i boiska sportowego w stronę Niwek i Galmanu.
W dolinie Starej Wsi przystąpiono do pogłębiania strumyków, osuszano teren i rozpoczynano budowę zagród w dolnej jej części. Od zachodniej strony (zwanej Białą – od białego kamienia) przystąpiono do karczowania ugorów zalegających ten teren. Była to bardzo ciężka praca, pracowały całe rodziny, w pierwszej kolejności wycinano zarośla, tarninę i graby. Następnie wykopywano kamień wapienny. Większe dzieci wynosiły go na pobocza planowanej parceli i sypały na pryzmy. Na Nowej Wsi budowano więcej domów, bo wokół tego wzniesienia były najlepsze ziemie, ale z wodą było trudniej. Noszono ją na nosidłach na odległość prawie kilometra od Stoku z północnej strony grzbietu Nowej Wsi (obecnie są tam mury starej pompowni). Najtrudniej było zimową porą, bo z wiadrami trzeba się było wspinać po stromym oblodzonym brzegu. Dla pojenia zwierząt kopano w ziemi zagłębienia, z wyższej położonego terenu robiono rowki żeby woda deszczowa mogła spływać do kałuży.
Po roku 1848 w Galicji chłopi spodziewali się lepszego życia, bo 15 maja została zniesiona pańszczyzna, która dla nich była największym ciężarem życiowym. Zmuszani byli pracować nie tylko w dworach, folwarkach, ale także w lasach hrabiowskich. W przypadku Psar również w kopalniach rudy, a praca trwała 12 godzin. Często w swojej ziemi roboty rolne wykonywały kobiety z dziećmi. W latach 1851 – 1853 w Psarach pojawili się geodeci wojskowi. Był to pierwszy pomiar, wykonywano mapy katastralne w skali 1:2880. Przy każdej parceli stał jej użytkownik, wskazywał dokąd użytkuje, kamionka (kamieniołom) która jest obok, do której parceli należy. Geodeci wszystko nanosili na mapy i wpisywali numer parceli. Te dane nanoszono do ksiąg hipotecznych i rejestrów gruntowych, tak powstała własność chłopska, od której stopniowo odstępowano od płacenia dziesięcin i danin. Dworki takie jak Płoki, Myślachowice Trzebinia i Górka zaczęły stopniowo upadać, bo nie miały darmowej pańszczyzny.
W okolicach Trzebini, a dokładniej, w Młoszowej pozostał duży dwór Juliana Florkiewicza, z którego wywodziła się Maria Florkiewicz-Potocka, hrabina Krzeszowic. Ziemie dworskie ciągnęły się od zabudowań osiedla ZWM w Trzebini do wschodniej wioski Dulowej, a na północ od Młoszowej do pod rezerwat bukowy do drogi bitumicznej Ostra Góra– Myślachowice. Wokół rezerwatu były pastwiska owiec dla dworu młoszowskiego. Pojono je w stawie przy źródle na Ostrej Górze. Na noc zapędzano je do stajni, której mury stoją do chwili obecnej. Stajnie były ogrzewane zimą. Były tam także mieszkania rodzinne, w których wcześniej zamieszkiwały rodziny górników, którzy pracowali na stałe przy wydobywaniu rud ołowiu i cynku w okolicach Galmanu.
Jadąc z Ostrej Góry w stronę Myślachowic po prawej stronie w zaniżonym terenie były dwa jeziora, po zachodniej stronie większe należało do Myślachowic a od wschodu mniejsze należało do Psar. Letnią porą młodzież chętnie z nich korzystała. W roku 1975 woda w nich zanikła. Był to skutek działania kopalni Siersza. Około 500 metrów od jezior w kierunku Psar gdzie obecnie jest teren zarośnięty lasem z lat 1950-1951 znajduje się cmentarz mieszkańców Psar zmarłych na cholerę, w większości dzieci, zmarłych w czasie epidemii w latach 40-tych 19-tego wieku.
W drugiej połowie 19-tego wieku coraz więcej zaczęło przybywać pracy, bo Trzebinia była już połączona koleją z Krakowem, Katowicami i Oświęcimiem, choć dalej dwie wioski z obecnej gminy Trzebini Psary i Lgota jeszcze długo należały do sądu, więzienia i zapisów hipotecznych powiatu krzeszowickiego. Wówczas mniejsze kary, do trzech miesięcy więzienia i bicze za lżejsze przestępstwa wymierzał wójt gminy Nowej Góry. To może dobra przynależność Psar do Krzeszowic bo hrabstwo Potoccy byli najbogatszą szlachtą w naszym rejonie. Wiadomo z pewnych danych, że przekazało drewno na pierwszą szkołę drewnianą wieżyczką z dzwonkiem, 20 metrową salą, korytarzem i izbą dla nauczyciela. Potoccy przekazali drewno na dach kaplicy i środki na budowę tam na rzeczkach. Mieli oni największe udziały w kopalniach na naszym terenie. Przykładowo do nich należały: kopalnia węgla w Tenczynku, kopalnia w Sierszy imienia Artura oraz kopalnie cynku i ołowiu na Wodnej, huta w Kszu i kopalnie powierzchniowe od Skotnicy i boiska sportowego aż po Lgotę.
Pisząc część tej historii, jako długoletni sołtys Psar, szukałem powodu, skąd mieszkańcy naszej miejscowości mają cztery morgi ziemi na terenie miejscowości Ostrężnica z południowej strony wieży obserwacyjnej (na Niwkach). Doszedłem do tego, że w 1899 r. w pobliżu tego terenu zginął górnik o nazwisku Kazimierz Matan, został zasypany w szybiku, mieszkał przy ul. Kamiennej, pozostawił żonę i siedmioro dzieci, najstarsze 14 lat. A jako właściciel tych kopalni hrabina Potocka przekazała te ziemie wdowie po tragicznie zmarłym górniku.
Prace przy wydobywaniu rud ołowiu i cynku były bardzo ciężkie i niebezpieczne, przerzucano ręcznie tysiące ton ziemi kamienistej, żeby wybrać warstwy kolorowego kruszcu, a z szybików wyciągano urobek ręcznymi wyciągami, jeszcze obecnie na tych dużych wykopaliskach na Niwkach, czy Galmanie można znaleźć kamyk oblepiony błyszczącym kruszcem. Dopóki nie było wydobycia na większą skalę węgla kamiennego w kopalni Siersza to większość mieszkańców Psar i pobliskich miejscowości z Lgoty, Ostrężnicy pracowała w blisko położonych kopalniach, nawet niektóre szyby nosiły nazwę miejscowych górników. Niedaleko w Płokach, parafii dla Psar też wydobywano rudę żelaza metodą podziemnych chodników. Był też piec hutniczy do jej wytopu, (tak zwany wielki piec) do obecnej chwili stoją fragmenty muru zwane Starą Hutą.
Drogę z Krzeszowic przez miasto Nowa Góra, Ostrężnicę, Galman, Myślachowice do huty wytopu ołowiu i cynku w Kszu, hrabiostwo utrzymywało w dobrym stanie, bo nią przyjeżdżali do swych zakładów i nią się odbywał transport urobku z okolic Galmanu, nawet ze Skotnicy przez las, do drogi Myślachowice – Galman, która miała 3 m szerokości wyłożono grubym kamieniem, choć w stronę Sierszy droga w większości jest spadzista. Urobek wożony do huty bawołami i końmi był ciężki. Koła wozu drewniane okute były obręczą stalową, a żeby nie tonęły drogi musiały być twarde.
Domki od lat 80-tych dziewiętnastego wieku były ubogie, jedna izba i sień, często w niej były kozy chyba, że to był jakiś kmieć, który miał obok domu stajnię. W 1880 roku w Psarach były prawdopodobnie 3 konie i 4 krowy. Z końmi było różnie, bo często je zabierało wojsko austriackie i zamieniano na woły. Podłogi w izbach były wylewane gliną a to podłoże jak wyschnie to też jest twarde, nie można go było myć, tylko miotłą zamieść. W izbie stało jedno łóżko dla rodziców, jak było małe dziecko, to miało zbitą kołyskę, która stała przy łóżku, był stolik i ławka do spania, na noc przynoszono snopek słomy, rozkładano ją na podłożu glinianym, nakrywano pościelą i to było łoże dla dzieci, rano ją zbierano, żeby było więcej miejsca w izbie. Przy drzwiach w kącie był piec. Domki budowano oknami skierowanymi na południe, a żeby w izbie było więcej słońca.
W 1885 r. powstał pierwszy piec do wypalania wapna, pod Mońską Górą, jak dochodzimy do Ostrej Góry to po prawo. Obecnie widnieje tam kamieniołom. Było to możliwe, bo kopalnia w Sierszy im. Artura Potockiego, największego udziałowca, rozpoczęła na większą skalę wydobycie węgla. Piec wapienny budowano pod wzniesieniem, w dolnej części pieca zakładano ruszta stalowe, jego budowa była okrągła, górą szersza. Od góry wsypywano na przemian warstwę węgla i warstwę kamienia i tak na przemian zazwyczaj aż do zapełnienia całego pieca. Wypalało się kilka dni w zależności od liczby warstw. Tak stopniowo przechodzono na budowę domków z kamienia, a także stodoły i stajnie. W domkach nad strzechą słomianą widać było też kominy kamienne, zapobiegało to częstym pożarom całego dorobku rodzinnego, w tych czasach.
Choć piec wielokomorowy do wypalania wapna był w Trzebini, ale drogi były bardzo ciężkie. od Karniowic do Psar duża część drogi prowadziła rozlanymi rzeczkami, poza tym koni bardzo brakowało, bo pierwszeństwo do nich miało wojsko i żandarmeria galicyjska. Dużo ziemi musiano uprawiać wołami. W 1925 r. następny piec wypalał wapno na końcu ulicy Wiśniowej po stronie prawej, jak stoi dom nr 29, a dalsze dwa, jeden pod Skotnicą, jak widać kamieniołom, po stronie prawej i ostatni piec na górze po lewej po lewej stronie jak stoi ostatni dom. Te piece wybudowała kopalnia Siersza do wypalania wapna dla swych robotników.
Pod koniec 19-tego wieku i początkiem 20-tego był większy pobyt na cynk i ołów, a za tym przybywało pracy przy jego wydobywaniu, ale nie za bardzo dobra metoda jego wydobycia zmniejszała jej opłacalność. Bardziej efektywne było kopalnie tego kruszcu metodą podziemnych chodników na Trzebionce i Wodnej. Robotnicy z Psar przechodzili do bardziej rozwijających się kopalń węgla „Artur” w Sierszy i kopalni „Zbyszek” w Trze-bini. Poza tym zatrudniali się w Hucie Trzebini, bo w takich zakładach jak cementownia Górka i rafineria nafty trudno było się zatrudnić, bo w dniu przyjęcia, które odbywało się przy bramie zakładu a wybierał do przyjęcia wśród oczekujących kierownik zakładu miejscowi mieszkańcy nie pozwolili się zbliżyć do zatrudnienia mieszkańcom z dalszych miejscowości.
Początkiem 20-tego wieku, choć ludność już zapomniała o pańszczyźnie, ale duże bezrobocie bardzo pogarszało życie wielu rodzinom zwłaszcza tych wielodzietnych, którym to dzieciom zawsze brakowało chleba, nawet wieczorami świecili szczapami z drewna, bo brak było na zakup nafty, często na kilku dzieci w rodzinie, jedno szło do szkoły, bo nie mieli obuwia i wiadomo skąd się wziął tak duży analfabetyzm po Drugiej Wojnie Światowej Najczęściej bezrobotni zatrudniali się przy wyrębie drewna w lasach hrabiowskich, a wiadomo, że to była praca bardzo ciężka, bo drzewa wyrzynano ręcznie piłą, a musiało to robić dwie osoby, korę z drewna zdzierano ręcznym strugiem, za cały dzień pracy trudno było zarobić na kilogram cukru, tyle tylko, że drewna do opału sobie nanosili. Nic też nie było zadziwiającego w tych czasach, że dzieci często umierały z niedożywienia. Poprawę odczuły rodziny, jak ich rodzic był zatrudniony na kopalni węgla czy w Hucie Trzebini i nie byli często zwalniani z pracy, bo i dom choć mały, ale stopniowo zmieniał się w murowany z kamienia i cegły, a także przybywało krów i koni do pracy na roli, tylko że niewielu miało stałe zatrudnienie.
Kobiety to prawie wcale nie pracowały, ich dola to wychowywanie dzieci i ciężka praca na roli, przykładowo jak przyszły żniwa, to była najbardziej wytężona praca dla kobiet, szło się do pola całymi rodzinami, niemowlaki zawieszano w płachcie na drążku, jak płakało to je mama nakarmiła piersią i starsze dziecko pohuśtało, żeby szybciej zasnęło. Kobiety po sąsiedzku sobie pomagały, poowijały kolana szmatami i na klęczkach sierpem rżnęły zboże, bo technika koszenia zboża kosą ręczną pojawiła się u nas po latach 1920. Ile to kosztowało wysiłku a żeby zerżnąć 15 – 20 arów zboża. W następny dzień przechodzono do następnego sąsiada i tak przez pięć, sześć dni odrabiano swą pomoc, bo inaczej jedna osoba taką parcelę ścinałaby tydzień a jego suszenie odbywałoby się też stopniowo. W dodatku w tym czasie nie znano stawiania ściętego zboża w mendle, jak to miało miejsce w latach 40-tych, tylko ścięte zboże rozkładano na ziemi, co wymagało niemal codziennego przewracania, bo by porosło.
Choć przy wykopkach ziemniaków praca też nie była lekka, bo kopano je ręcznie kopaczkami, ale nie była tak nagląca jak żniwa. Plony rolne były bardzo niskie, często niewiele więcej zebrano jak zasiano czy zasadzono. Ziemniaki były nawet dwukrotnie spożywane w ciągu dnia, bo brakowało chleba. Zboże zebrane w biedniejszych rodzinach niezwłocznie cepami młócone, żeby nie zjadały myszy. Pod zwierzęta w większości ścielono ściółką, którą kobiety na plecach letnią porą nanosiły z lasu. Było to nie najlepsze, ale słomy brakowało, bo zimową porą zjadały ją zwierzęta domowe. Oczekiwano szybkiego nadejścia wiosny, żeby przyroda przyśpieszyła zazielenienie się trawy i można było wygnać krowy i kozy na darmową zieloną trawę. i można było z nich wydoić więcej mleka, które było podstawą żywienia dzieci.
Po latach okazało się, że nie tylko ciężka praca w rolnictwie, ale jej rozwój musi iść na równi z postępem technicznym, odnową roślinną i agrochemią. kobiety na barkach nie musiały z lasu nosić ściółki i na kolanach sierpem, w żniwa, ścinać zboża. Po Drugiej Wojnie Światowej ziemia rodziła kilkakrotnie więcej i praca była bardziej zmechanizowana.

Działalność społeczno-polityczna na terenie Psar

katasterJuż w wyzwolonej Polsce w 1919 uwidoczniła się działalność społeczna, bo coraz więcej ludzi, zwłaszcza mężczyzn zatrudniało się w zakładach pracy takich jak: kopalnia „Artur” w Sierszy czy Huta Trzebinia. Napotykano na różne trudności, w dodatku w tym czasie szalała drożyzna i działania spekulacyjne. Organizatorem pierwszych spotkań mieszkańców Psar, często pod wierzbą, był Kazimierz Molenda, członek PPS, mieszkał przy ulicy Cichej gdzie obecnie stoi dom nr 107. Był znany nie tylko w kopalni Sierszy, ale także z licznych spotkań i zebrań na terenie Trzebini i Chrzanowa, trzykrotnie był wybierany na zjazd krakowski PPS.
W pierwszych wyborach do Sejmu w 1919 i 1922 roku z terenu Trzebini zanotowano najwyższą frekwencje 94%. W marcu 1930r. na terenie Sierszy, w czasie dyskusji, zginął od kuli przeciwnika politycznego K. Ciupiała, uznano to wówczas za zamach polityczny. Na terenie Psar angażował się w pracę społeczną, miał ładny charakter pisma w 1924-1927 był sekretarzem przy sołtysie Jacencie Rejdychu, który nie umiał pisać. Organizował społeczną straż pożarną, bo w tym czasie często dochodziło do pożarów domów krytych słomą.
Po roku 1930, mimo powstania BBWR, bloku prorządowego i aresztowaniu w Berezie Kartuskiej działaczy lewicowych na przykład Józefy Siemek z Ostrej Góry i fałszowaniu wyników wyborów do Sejmu w powiecie Chrzanowskim 1930 roku, PPS wznowiła swoją działalność w latach 1936-1938. Potajemnie do Psar przyjeżdżał kilkakrotnie młody działacz PPS z Krakowa Józef Cyrankiewicz długoletni premier, więzień polityczny obozu koncentracyjnego w latach 1941-1945. Spotkania odbywały się w domu Jadwigi i Tomasza Papiernik przy ulicy Wiśniowej nr …. Dlatego aktyw miejscowości Psary, wiosną 1948 roku miał odwagę napisać list do znanego im działacza a w tym czasie premiera z prośbą o pomoc finansową celem dokończenia budowy domu gromadzkiego. Na odzew nie trzeba było długo czekać, pomimo, że Warszawa była jeszcze w gruzach, premier na naradzie Rady Ministrów przedstawił prośbę Psar oraz działalność ruchu robotniczego po Pierwszej Wojnie Światowej jak i ruch oporu w czasie okupacji. Po dodatkowo przedstawionych rysunkach i kosztorysach przyznane finanse zostały przelane. Należy nadmienić, że obecny Dom Kultury, który niebawem ma zostać przebudowany, w tak trudnych latach 1933 -1936 budowano całkowicie w czynie społecznym. Kupiono i wożono końmi kilkanaście tysięcy cegły, a także wszystkie prace wykonywano społecznie.

Budowle

Nie napotkano na żadne zapisy dotyczące budowy pierwszej części kaplicy, tej od strony północnej, ale jak twierdzą starzy mieszkańcy Psar można datować na 1885 rok. Psary od zawsze należały do parafii w Płokach. Drugą część, tę szerszą dobudowano w latach 1909-11 i na jej rozbudowę hrabstwo Potoccy przekazali bezpłatnie wszystko potrzebne drewno. Jak wiadomo w latach około 1870-74 w Psarach wybudowano małą szkołę drewnianą z wieżyczką z jedną niedużą salą lekcyjną i izbą dla nauczyciela. Całkiem dobrą pamięć o tej szkole miała uczennica w latach 50-tych dwudziestego wieku, która do niej uczęszczała jako jedyne dziecko z przysiółka Stawiska Agata Kłeczek. Jak zimą nie mogła przejść przez śnieg, to płakała i prosiła tatę żeby ją przewiózł sankami koniem. W 1909 wymieniona szkoła spłonęła, a w 1913roku otwarto już nową wybudowaną z cegły i krytą dachówką. Była tam sala lekcyjna 45m kwadratowych, piec kaflowy oraz dwa pokoje i kuchnia dla nauczycieli. Dodatkowo wynajmowano 2-3 izby na lekcje w zależności od liczby uczniów.
Ja zaczynałem naukę w 1932 roku, w pierwszej klasie było nas 39 uczniów. Najdłużej, jak pamiętam, u Klemensa Kasprzyka, który miał żonę nauczycielkę. Sala była dość duża, ale zimna bo palono w żelaznych piecach, Była ona w budynku gdzie obecnie mieszka Wojciech Jankowski. Druga sala była tam gdzie jest obecnie sklep chemiczny.
Nauczyciele nie mieli zabronione karcenie dzieci. Przykładowo chłopcy musieli podczas lekcji wychodzić za zewnątrz ułamać gałązkę (kijek) żeby nim dostać lanie, kijek nie mógł być zbyt krótki i cienki. Inną karą było klęczenie na grochu, a także pozostanie po lekcji na godzinę w szkole. A jak się przyszło ze szkoły, to zaraz po obiedzie odrabiano lekcje, bo jesienią i zimą był krótki dzień, a wieczorem ciemno, bo świecono w mieszkaniu lampami naftowymi, które się mocno zakopcały. Letnią porą to z krową lub kozami szło się do pola,  w każdym domu się je hodowało, bo mleko to podstawowy pokarm.
Nie spotkało się w naszej wiosce najmniejszego kawałka ziemi leżącego odłogiem, bo byłoby to ciężkim grzechem, pozostawić to, co ich pradziadowie tak wielkim trudem i ciężką pracą karczowali i przywrócili ją do tego żeby rodzić i żywić. A dziś o zgrozo ziemia na zachód od Starej Wsi i na północ robi się taka, jaką zastali pra pradziadkowie 300 lat temu. Na niektórych miejscach pola są tak zarośnięte, szczególnie na Białej, że nawet zając się nie przeciśnie. Nawiązując do lat 1930 – 1939 w Psarach tylko jeden uczeń z trudem zdobył średnie wykształcenie, Józef Kasprzyk mieszkał przy ulicy szkolnej. Pytanie, dlaczego, przecież młodzież była bardzo pracowitą, ale szkoły od zawodowej i wyżej były płatne, a bezrobocie bardzo duże. Na kopalni pracowało kilkunastu górników, jeszcze na lato często zwalniani, po latach 30 – tych w Hucie nastąpiły duże redukcje, pozostało z Psar kilku górników reszta to krótkie prace sezonowe, ale zarobek niski około 3 zł. Młode dziewczyny 16 – 20 lat to szły na tak zwaną służbę, przeważnie u Żydów, by tych w Trzebini było bardzo dużo, sprzątały w mieszkaniach, bawiły dzieci, na niedzielę przychodziły do domu, miesięcznie zarabiały 10 -12 zł. jak się którejś zdarzyła robota u bogatszego Żyda, to zarabiała 15 zł. ale i to było dobre, bo się wyżywiła i choć skromnie, ale się okryła, nie czekając na mamę, która jej tego nie mogła zapewnić.
Chłopaki po wyjściu ze szkoły a były tylko 4 klasy, byli zdani na pracę w polu razem z rodzicami, do południa i po południu do pola z krową lub z kozami. W Psarach nie było pastwisk i dlatego często krowę pasło się po własnych miedzach i trzeba było uważać, żeby nie niszczyły plonów rolnych. Prądu w Psarach przed drugą wojną światową nie było, brak domu kultury, wielka nuda i często się grało w buka. 1935r. w Psarach było 5 rowerów, miało je trzech górników i dwóch pracowników Huty Trzebinia. Ojciec nam kupił rower w 1927 r. za 25 zł. stary i bardzo wysoki, ja musiałem jeździć pod rurką, ale i tak wokół mnie stało kilku chłopców i czekali żebym im dał się przewieść, choć 100 m. Lepiej się jechało jak było sucho, bo drogi były błotniste. 1938r. w Psarach było już jedno radio na baterię, kupił go Kasprzyk Aleksander, inwalida wojenny, bez nogi i pobierał wysoką rentę, w granicach 150zł. mieszkał w domu, który obecnie jeszcze stoi, jest w nim obecnie sklep chemiczny, wieczorami letnią porą, od oknem na drodze stało kilkunastu ludzi żeby posłuchać muzyki i wiadomości.






Tamy

W jakim celu zbudowano dziewięć tam na terenie Starej Wsi w Psarach, jedną obok kościoła, pięć między wzniesieniami w dolinie w kierunku cmentarza, 2 na wzgórzu i jedną pod Skotnicą. Jak wiadomo, że jeszcze nie bardzo były uregulowane rzeki, w wielu miejscach wybijały źródła, to już wystarczyło, w razie dużych opadów i burz to pogarszało. Od strony północnej to jest od Skotnicy i Niwek, gdzie jest najwyższy poziom 483 m n.p.m. i spływające wody szybkim strumieniem niszczyły niżej położone tereny a przy tym skromne chatki niżej położone i w czasie burz nanosiło dużo mułu. Dlatego pod koniec dziewiętnastego wieku prawdopodobnie 1890 r. hrabina Potocka nakazała zbudować wymienione tamy, które zatrzymywały muły a rwąca woda traciła szybkość spadając z tam. Była to praca ciężka, bo w kamieniołomach szukano największego kamienia, a jego transport na miejsce budowy w tych czasach był bardzo trudny. Ale wówczas hrabiowie Potoccy chcieli zabezpieczyć Starą Wieś, bo mieli bliską siłę roboczą do kopalni rud galmanu i kopalni węgla w Sierszy. Obecnie pozostaje jeszcze sześć tam.



Inni w okolicy

Do 1900 roku mieszkały w Psarach 3 rodziny żydowskie, w oddzielnych gospodarstwach. Dwie rodziny sprzedały swe nieruchomości, a jedna o nazwisku Winerowie miała dwóch synów. Jeden z nich o imieniu Hendel w 1937 r. poślubił ładną żydówkę, ale już rok po ślubie nocną porą rodzina została napadnięta przez złodziei. Prawdopodobnie jednego z napastników rozpoznał i został zastrzelony.
Przed Drugą Wojną Światową bardzo często napadano na rodziny, o których myślano, że coś można ukraś, często nie pomijano stajni. W Psarach mieszkał też zbiegły kozak rosyjski o nazwisku Jakub Sytnik, a w przysiółku Paryżu o nazwisku Wasyl Mielnik. Wojska kozackie zaciekle walczyli z rewolucją bolszewicką i dlatego po przegranej masowo uciekali z kraju.

Okupacja hitlerowska

Pierwszego września w dniu rozpoczęcia wojny, z powodu obawy o swój los, część mieszkańców Psar opuszczała swoje domostwa. Pakowała swoją odzież i trochę żywności na wozy konne, a także zabierała krowy i szła na wschód, w kierunku Skały. Ja też tam doszedłem z rodziną. Było tam dużo uchodźców z okolic Trzebini. Właśnie wybuchł popłoch bo wojsko niemieckie dojeżdżało czołgami na grupy żołnierzy Wojska Polskiego. Rozpoczęła się strzelanina, nadleciały samoloty, zaczęły się palić domy. Ludność rzucała swe pakunki, puszczała bydło i uciekała w popłochu, ale większość zawracała do miejsca zamieszkania.
Okazało się, że ta ucieczka nie była konieczna, bo nasze wojska w tej okolicy nie stawiały oporu. W pierwszym dniu wojny dokonano nalotu na dworzec kolejowy w Trzebini. Drugie potężne bombardowanie, ale już przez siły alianckie, miało miejsce w sierpniu 1944r. na rafinerię nafty w Trzebini. Wybuchające płomienie i potężne kłęby dymów można było zobaczyć z odległości 30 km.
Jak wiadomo Niemcy na południu kilka powiatów na wschód od swojego państwa przyłączyli do III Rzeszy. W takich powiatach jak Pszczyna i Bielsko zamieszkiwały rodziny, które legitymowały się niemieckim pochodzeniem i w takich warunkach innych można było łatwiej werbować, ale w takich miastach jak Chrzanów, Jaworzno czy Trzebinia, kiedyś i obecnie należących do Krakowa, patriotyczna postawa Polaków psuła statystykę niemiecką i zaprzeczała o niemieckości tych ziem. Wzięto również pod uwagę duży przemysł węglowy, rafinerię nafty i duży węzeł kolejowy, a ludność, która będzie oporna przy podpisywaniu Volkslisty zostanie wysiedlona, na jej miejsce zasiedli się zniemczonymi osadnikami. Tak już zaczęto postępować, przykładowo we Lgocie wysiedlono 30 rodzin i przekazano im 240 ha ziemi. Większość przyjezdnych Niemców pochodziła z Węgier. W Ostrężnicy wysiedlono 43 rodziny i przekazano 400 ha ziemi.
W Psarach udało się od tych zamiarów odstraszyć Niemców. Ówczesny baor Psar Wojciech Maro pokazał im ziemię na Białej i te kamionki na każdej miedzy i to, że jest tam 5–10cm ziemi (w głąb) a reszta to kamienie. Właściciele tę ziemię uprawiają ręcznie kopaczkami. Na wschód od Starej Wsi jest lepsza ziemia ale teren jest górzysty i wskazał im Rojsko oraz Kopiec. Zainteresowanych Niemców to odstraszyło. Poza tym Niemcy zagospodarowali w pobliżu dużo ziemi, od Trzebini gdzie obecnie jest osiedle ZWM aż do końca wschodniej strony Dulowej. Siedzibą zarządu tego dużego gospodarstwa rolnego był dwór w Młoszowej. Pracowało tam dużo kobiet i młodzieży, która wyszła już ze szkoły. Zmuszana była w tym gospodarstwie pracować w czasie nasilonych prac polowych. Nawet całe klasy wraz z nauczycielami chodziły plewić jarzyny.
Naszą miejscowość należącą do III Rzeszy dzieliła od Generalnej Guberni granica długości ok. 2 km, ciągnąca się od Podołów do Stawisk (Nowsia), do skupienia dróg Psary – Filipowice – Nowa Góra. Były tam liczne miejsca przekraczania granicy, bo teren był pagórkowaty, doliny były zarośnięte krzewami, był bardziej wygodny do przekraczania granicy niż na równinach.1941 - Kopia2 Często tu można było spotkać ludzi z głębi Niemiec, proszących o informację lub pomoc w przekroczeniu granicy.
Pomimo, że nasi mieszkańcy znali dobrze ten teren graniczny, to nie uszczegli się wpadki w ręce niemieckich celników, bo oni też stosowali różne metody ukrycia się, a poza tym mieli dobrze wyszkolone psy. Kilka młodych dziewczyn i mężatek, które schwytano, wywieziono do więzienia w Mysłowicach za to, że niosły z Guberni trochę jedzenia by pomóc rodzinie przeżyć, bo u nas w III Rzeszy żywność i odzież była reglamentowana, a Polacy mieli dużo mniejszy przydział od rodzin niemieckich.
Z naszej wioski na granicy schwytano następujące dziewczyny: Czesława Kaczara Gąsior – ul Wiśniowa, Malczyk Józefa Gąsior – ul. Mała, Siemek Józefa Kasprzyk – ul. Szkolna, Jastrzębska Maria Kasprzyk – ul. Kamienna, Maria Bartosik – ul. Nowowiejska, Janina Kochańska – ul. Leśna, Maria Malczyk – ul. Ostrogórska. Młoda kobieta z Sosnowca liczyła, że ucieknie, ale kula ją śmiertelnie dosięgła. Miała przy sobie 3 kg kaszy i 2 kg fasoli. Pozostawiła po sobie trójkę dzieci i męża, który nie miał nogi. Widziałem ją na własne oczy bo Malczyk z końca ul. Nowowiejskiej przywiózł ją wozem konnym do stodoły przy ul. Wiśniowej. Na drugi dzień przyjechała ją zobaczyć 14-letnia córka z ojcem. Płakali bardzo i rozpaczali. Mieszkańcy tej ulicy, którzy tam przyszli twierdzili, że była to ich jedyna żywicielka. Pochowano ją w Płokach na cmentarzu. W 1942r. niemal w tym samym miejscu, między końcem Nowej Wsi a budynkiem Kuby Jochyma z Filipowic zginął od kuli 17-letni chłopiec z Psar Mieczysław Lasoń, mieszkał przy ulicy Szkolnej.
W ostatnie dni kwietniowej niedzieli 1944r. tak celnicy jak i dobrani Niemcy osiedleni we Lgocie i Ostrężnicy wyruszyli na przeszukiwanie terenu od Ostrężnicy i Galmanu przez las w kierunku Psar. Na Starej Wsi od Skotnicy szli skrajem wioski i doszli do ul. Wiśniowej. Pod wzniesieniami siedziało dwóch młodych chłopaków, oboje byli wystraszeni, bo uciekli z przymusowej pracy z Niemiec. Stanisław Graboś zamieszkały przy ul. Jana Pawła II uciekał w dobrym kierunku wschodnim do zagęszczenia budynków, Edward Matan lat 20 mieszkający przy ulicy Dworkowej uciekał pod brzegiem w kierunku południowym, zapewne osobiście nie widział Niemców tylko na komendę kolegi zaczął uciekać. Został ciężko postrzelony w plecy, kula wyszła brzuchem. Widziałem go naocznie, bo blisko mojego domu leżał na polu przy ul. Nowej, gdzie obecnie mieszka Piotr Szkółka. Po przewiezieniu wozem konnym do szpitala w Chrzanowie, zmarł.
Koniec wojny w naszych okolicach przebiegł dość łagodnie. Już w 1943r. robotnicy trzebińskich zakładów, niemal co niedzielę, jeździli do Rudawy i od jej wschodniej strony budowali bunkry i kopali okopy, bo tam Niemcy liczyli zatrzymać front, ale to się nie udało. Wybrali teren z większymi wzniesieniami między Młoszową a Trzebinią na Czerwoną Górę i wschodniej strony Myślachowic. Od 19 do 21 stycznia trwały tu zacięte walki ale teren był trudny do zdobycia. Rosjanom udało się front przerwać w okolicy Gaja i z okolicy Trzebini Niemcy szybko się wycofali.
Jako młode chłopaki szybko ruszyliśmy na pobojowisko frontowe, bo każdy chciał znaleźć nie zwykły karabin ale pepeszkę z bębnem na 72 naboi. W Bożniowej napotkaliśmy widok, na który cierpła skóra, nie tylko duża liczba poległych żołnierzy radzieckich, ale połowę ściętych drzew sosnowych a na gałęziach wiszące szczątki mundurów żołnierskich z poszarpanym ciałem. Był to widocznie podręczny skład amunicji, który Niemcy wykryli i na który skierowali ogień artyleryjski. Drugie miejsce gdzie było dużo poległych żołnierzy radzieckich znajdowało się niedaleko krzyża stalowego, który stoi przy drodze polnej między Górną Młoszową a cmentarzem w Trzebini. Starsi ludzie to miejsce znają, bo z Psar i Karniowic chodzili do pracy do Trzebini i Chrzanowa. Tuż po przejściu frontu Józefa Kępka z Nowej Wsi w nocy wracała z Trzebini do Psar ścieżką koło cmentarza. Na szczycie wzgórza na ścieżce zauważyła przysypany śniegiem niekształtny kloc drewna. Zdziwiła się skąd on się tu wziął. Schyliła się żeby go trochę przesunąć. Ręką namacała twarz zabitego żołnierza. Z płaczem i krzykiem zaczęła biec do domu. W domu złapały ją spazmy i długo nie mogła się uspokoić. Była wtedy czternastoletnią dziewczyną.
Ghetto Trzebinia 1Niemieckich żołnierzy na ogół zginęło mało bo nie atakowanli, tylko czekali na atakujących, a mieli stojące głębokie okopy. W Psarach były cztery polowe szpitale, w starej szkole, w starym budynku, gdzie obecnie mieszkają Jankowscy i po drugiej stronie pod namiotem. Czwarty był w baraku po celnikach, gdzie obecnie stoi ośrodek zdrowia. Z frontu zwożono do nich rannych radzickich żołnierzy.

Po zakończeniu Drugiej Wojnie Światowej

Tuż po zakończeniu wojny życie zaczęło tętnić coraz lepiej. Wszystkie szkoły począwszy od zawodowej aż po studia stały się bezpłatne. Młodzież, która już myślała pracować szła do zawodowej, inni po skończeniu siódmej klasy wybierali szkoły ogólnokształcące w Sierszy, Chrzanowie czy w Krzeszowicach. Do Dulowej szli na nogach, dalej jechali pociągiem, bo brak było wówczas komunikacji samochodowej. Już w latach 70-80 dwóch młodych mieszkańców Psar mogło się poszczycić zdobyciem doktoratu. Był to Marian Gąsior mieszkający na rogu ulicy Leśnej i Łąkowej i Władysław Malczyk mieszkający przy ulicy Nowej. Z Psar pochodzi także dwóch wyższych oficerów w stopniu pułkownika: Antoni Malczyk – wykształcenie prawnicze, mieszkał na rogu ulicy Ogrodowej i Jana Pawła II i Mieczysław Kempka – wykształcenie techniczne, mieszkał przy ulicy Nowowiejskiej. Nie wymieniam z tego okresu dziesiątek innych nazwisk osób, którzy zdobyli wykształcenie w różnych dziedzinach, od lekarzy, prawników ekonomistów, pedagogów i innych zawodów. Niektórzy z nich pracują i zamieszkują w różnych regionach kraju niektórzy to już emeryci.
Po wyzwoleniu przyrost naturalny rozwijał się w szybkim tempie, zastój był spowodowany przez pięcioletnią okupację. Ograniczono wiek małżeństwa początkowo mężczyzna 25 lat, kobieta 22 lata, pod koniec wojny mężczyzna 28, kobieta 25. okupant przez to chciał zmniejszyć przyrost naturalny Polaków. Na terenie Trzebini w szybkim tempie rozwijały się zakłady przemysłowe. Brakowało rąk do pracy, wielu pracowników zatrudniało się spoza terenu gminy Trzebinia. Z takich gmin od południa jak Spytkowice, Alwernia, z okolicznych wiosek Krzeszowic i Olkusza.
Największą liczbę pracowników zatrudniała KWK (Kopalnia Węgla Kamiennego) Siersza. Również z naszej miejscowości najwięcej zatrudniało się w kopalni Sierszy. Były domy, z których dwie a nawet trzy osoby pracowały w kopalni. Autobusy zakładowe z Psar dowoziły do Cementowni w Górce, Zakładów Górniczych Trzebionka i Zakładów Metalurgicznych w Trzebini. Do Gumowni, w której pracowała przeważająca większość kobiet i do Zakładów Tłuszczowych dojeżdżano w większości pociągiem z Dulowej. W zakładach, które jeszcze istnieją i produkują jak Elektrownia w Sierszy i Rafineria w Trzebini pracowało mało ludzi z Psar.
Szybko rozwijało się budownictwo mieszkaniowe, domy rosły jak grzyby po deszczu. Za okupacji nie przybył ani jeden dom, a kilka się spaliło. W 1939r. było 236 domów jedno i dwu izbowych, połowa to domy drewniane słomą i papą kryte. Od 1920 do 1939 przybyło ich 50, as od 45r. do 60r. przybyło ich 115 i było 351. były to domy z trzema lub czteroma izbami z łazienką, żeby mogła w nich zamieszkać młoda para. Kilkanaście domów mniejszych ale murowanych rozbudowano.
W 1947 przestały kopcić lampy naftowe. W większości mieszkań zaświeciły już żarówki elektryczne. Pierwsza woda popłynęła już mieszkań w 1960 roku z ujęcia o nazwie Stok, choć po kilku latach jej nie starczyło, bo ludzi i mieszkań na Nowej Wsi przybywało. Obecnie jeszcze stoją mury starej pompowni. Wszystkie prace przy budowie tego wodociągu wykonane zostały w czynie społecznym i przy pomocy zakładu opiekuńczego bo takie w tym czasie były i miała je każda miejscowość. Dla Psar była to KWK Komuna Paryska w Jaworznie, bo wówczas to miasto należało do powiatu Chrzanowskiego.
Stara Wieś, w tym czasie, do mieszkań dostarczała wodę ze studni, bo tu o nią nie było trudno. Dopiero po wybudowaniu zbiorników w Bialnym Dole i wieży ciśnień na górze Skotnicy już nie w czynie społecznym, ale w ramach odszkodowań za szkody górnicze zwodociągowano Starą Wieś i podłączono też do nowej sieci Nową Wieś. Mieszkańcy Psar także myśleli tuż po wyzwoleniu jak dokończyć budowę domu kultury rozpoczętego w latach 1937 – 1938, latach bardzo trudnych, bo było duże bezrobocie. Jak już nadmieniano Józef Cyrankiewicz jako młody socjalista przyjeżdżał do Psar i spotykający się z nim, już jako premiera Polski, w liście w roku 1948 prosili o pomoc w dokończeniu budowy domu kultury. Premier niezwłocznie wyznaczył konsultanta, sporządzono przybliżony kosztorys. Pieniądze wkrótce zostały przesłane na zakup materiałów potrzebnych do zakończenia budowy. Po ostrzeżeniu przed zbliżającą się wymianą pieniędzy zakupiono te materiały.
Budowa starej remizy, jak na ówczesne czasy – była konieczna, bo powstawały bardzo często pożary. Wiadomo, że było jeszcze dużo drewnianych, przy każdym domu była stodoła lub szopa zwłaszcza u tych, co posiadali mało ziemi uprawnej. Pamiętam dzień w 1943 roku, w godzinach wieczornych spłonęły cztery domy drewniane trzy kryte słomą czwarty gontami, piąty dachówką kryty został częściowo uratowany. Przypomina mi się rozpacz jednego pogorzelca mieszkającego 60 metrów poniżej kaplicy po stronie zachodniej Jana Matana. Kulejący na nogę rozpaczliwie płakał, że taki ciężki los go spotkał. Za co został tak ukarany. Uratowano tylko kozę, bo stała w sieni, mały domek słomą kryty, jedna izdebka, łóżko stół, kredens i dwa krzesła spłonęły.
znaczekW Psarach Ochotnicza Straż Pożarna była konieczna, a byli już zapaleni strażacy jak: Antoni Kasprzyk mieszkający przy ulicy Łąkowej, który stanął na czele społecznego komitetu budowy remizy, młodzi strażacy Władysław Gąsior mieszkający przy ul. Leśnej i Franciszek Siejka mieszkający przy ul. Jana Pawła II. Mieli oni na myśli wybudowanie większej remizy, do której mogły by wjechać samochody strażacki i z pomieszczeniami w górnej części nad boksami. Jej wykończanie trwało długo, prawie 8 lat. Budowano ją niemal całkowicie w czynie społecznym, a wiadomo, że materiały i ich transport były kosztowne.
Po wielu trudnościach i zmaganiach tej żmudnej pracy w 1957r. oddano do użytku budynek remizy, do jednego boksu wjechano pompą ręczną. Obsługa czteroosobowa, na półki powkładano kilka używanych wężów zdobytych w zakładach pracy. W 1972 Komenda Wojewódzka Straży pożarnej w Krakowie przekwalifikowała OSP w Psarach z typu „M” na „S”. Oznaczało to, że ma prawo posiadania samochodu przeciwpożarowego i przy staraniu, w tym czasie byłego prezesa OSP Henryka Kajdasa. W 1973r. do remizy wjechał używany samochód STAR GDA, z Komendy Powiatowej Straży Pożarnej w Chrzanowie. Był to już pierwszy krok do szybkiego dotarcia do pożaru, bo pompa spalinowa już była tylko że w razie potrzeby przewożono ją jakimś pojazdem.
Pisząc o straży należy podać, że w 2005r. w Psarach wybudowano nowy dom strażaka dostosowany już do obecnych wymogów. Jego koszt budowy to 800 tysięcy złotych. Straż obecnie posiada 3 samochody bojowe, jeden o wartości 750tys. zł, jego pobór wody to 10000 litrów. Posiada także wyśmienity sprzęt przeciwpożarowy i ratownictwa drogowego. Nie potrafię stwierdzić czy obecny wicepremier Polski Waldemar Pawlak, jako prezes OSP wizytował podobną jednostkę wiejską w naszym kraju. Można stwierdzić, że wszystkie jednostki na terenie gminy Trzebinia są dobrze wyposażone, choć pożary w domach mieszkalnych i zabudowaniach gospodarczych są rzadkością, bo budynki są budowane z materiałów ognioodpornych a ich właściciele bardziej przestrzegają warunków przeciwpożarowych.
Dobrze wyposażone jednostki biorą udział poza terenem własnej gminy, a letnią porą często wyjeżdżają do gaszenia pożarów w lasach. Sąsiednia gmina w Krzeszowicach to tylko może pozazdrościć tak bogatej w zabudowania i wyposażenie OSP w Trzebini, pomimo że jest większa w ludności i terytorialnie oraz liczy 19 miejscowości wiejskich. Finansowo w porównaniu do Trzebini jest biedna jak mysz kościelna, bo liczba zakładów przemysłowych jest prawie zerowa. Trzebinia, gdy jeszcze istniała KWK Siersza i część innych zakładów, była w pierwszej dziesiątce bogatych gmin w kraju i musiała dużą nadwyżkę odprowadzać do budżetu państwa, bo jej budżet przewyższał limit w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W okresie przed 1990r. gminy mogły liczyć na jakąś nadwyżkę budżetową z urzędu wojewódzkiego, której zawsze brakowało.

W starej szkole była tylko jedna sala, a było już 7 klas, przed 1939r. były 4 klasy. Dzieci uczyły się po domach, zimą zimno, ustęp gdzieś tam obok stodoły, obecnie byłoby to niewyobrażalne. Można to określić w nie tak odległym czasie, bo pierwszą tysiąclatkę w powiecie chrzanowskim wybudowano w Młoszowej, a drugą oddano już w lutym 1962r. w Psarach. Choć jeszcze początkowo ogrzewano ją piecami kaflowymi, ale było ciepło, czysto, podłogi były już parkietowe. Zasiadło w niej 220 uczniów od I do VII klasy, bo tyle w tym czasie było dzieci w wieku szkolnym. Później doszło przedszkole, które mieściło się w baraku poniemieckiej straży granicznej, gdzie obecnie jest ośrodek zdrowia. Uczęszczały do niego przedszkolaki z Karniowic i Psar.
Pierwszym dyrektorem nowej tysiąclatki im. Władysława Broniewskiego został Edward Uracz z Płók, był do 1970r. Następny to Kazimierz Domagała z Kwaczały, był dyrektorem w latach od 1972 do 1980r. Pomijam osoby krótko piastujące tę funkcję. Natomiast wymienić trzeba nazwisko Barbary Kwiecień z Trzebini z wykształcenia magister inżynier, która pracowała jako nauczycielka od 1984r. Po zauważeniu jej dobrej pracy pedagogicznej i organizacyjnej w 1994r. powołano ją na stanowisko dyrektora szkoły. Jako dyrektor szkoły przejawiła troskę o obiekt tysiąclatki. Za jej kadencji przeprowadzono kosztowny remont budynku, zmieniono dach na nowy drewniany z pokryciem blaszanym, bo poprzedni był żelbetonowy kryty papą. Obecnie w roku szkolnym 2009/2010 do szkoły uczęszcza 75 dzieci od I do VI klasy. Jest nadzieja, że liczba ta będzie wzrastać, bo do przedszkola uczęszcza obecnie 45 dzieci i zdanie słyszane, że szkołę zamkną, przestanie być wypowiadane.
Dalszą troską mieszkańców Psar było mieć parafię na miejscu zamieszkania, bo tak w naszych stronach się robiło. Nasza wieś należała do różnych gmin. Początkowo do gminy Nowa Góra, w latach odzyskania niepodległości do 1939r. do Trzebini, w czasie okupacji hitlerowskiej do Młoszowy, po wyzwoleniu zaś do Trzebini. W latach 1955-1962 do Karniowic, bo reforma miała zbliżyć urząd do mieszkańców, od 1963 do 1972 zaś do Młoszowy i dalej do obecnej chwili do Trzebini. Psary od początku swojego istnienia należały do bardzo starej parafii w Płokach podobnie jak połowa Ostrężnicy, Lgota i Czyżówka. Taka sytuacja była również pod zaborami. Niesułowice należały do parafii Płoki, ale z powodu granicy zaborów miedzy Niesułowicami a Lgotą i Płokami i jej nielegalne przekraczanie władze Galicji zwróciły się do Kurii Krakowskiej o przeniesienie tej miejscowości do parafii w Olkuszu lub Gorenicach. Z Psar iść do kościoła w Płokach, zwłaszcza dla młodzieży i letnią porą, przez ładny iglasto-liściasty las, to przyjemny spacer. Posiadanie cmentarza w Psarach było uzasadnione, bo w trudnych warunkach zimowych z orszakiem pogrzebowym nie można było przejechać.
Organizatorem przyspieszenia budownictwa parafialnego był przybyły w 1972r. ks. Stanisław Mszal. Wszystkie ceremonie kościelne odbywały się w kaplicy, jak w samodzielnym duszpasterstwie Psar. Pierwszą kolejnością była budowa cmentarza. Po odmowie wnioskowanej w Bialnym Dole, na pewno słusznie, bo poniżej znajdowało się źródło i za parę lat ujęto z niego wodę do zbiorników wodociągowych zasilających trzy miejscowości. W następnej kolejności delegacja z sołtysem Janem Traczyńskim i ks. Stanisławem Mszalem zainteresowała się terenem Skotnicy. Teren ten odpadł bo kamienisty odpadły również rędziny obok Nowej Wsi bo teren gliniasty, a glina zimą zamarza i rozmraża się zniekształcając nagrobki. Najlepszy grunt to piasek, a taki jest w Łąkawcu, podobny teren można znaleźć za domami Ostrej Góry pod lasem w kierunku Jezior. Po uwzględnieniu wymaganej odległości od wody pozostała lokalizacja w Łąkawcu.  Aktywnym udziałem w budowie cmentarza komunalnego wyróżnili się: sołtys Jan Traczyński i Teodor Malczyk, który zdobył materiały na ogrodzenie.
Po wybraniu społecznego komitetu budowy w 1974r. z jego przewodniczącym Henrykiem Kajdasem z Nowej Wsi, prace ruszyły w szybkim tempie. Zaczęto od karczowania drzew niwelowania terenu i kosztownego ogrodzenia ze stali zbrojeniowej. Mieszkańcy Psar w pełni wywiązali się ze swoich powinności i już 1976r. rozpoczęto grzebanie zmarłych na własnym cmentarzu komunalnym. Następne kroki do przyszłej parafii, to znalezienie działki pod budowę kościoła. Po jej uzyskaniu i zatwierdzeniu lokalizacji przystąpiono do jego budowy. Głównym organizatorem tej budowy był ks. Stanisław Mszal. Bodowa tak kościoła jak i plebani przebiegała w szybkim tempie. Nawet sołtys Jan Traczyński, jako budowlaniec rozpoczynający w tym czasie budowę ośrodka zdrowia, mógł tylko pozazdrościć tempa budowy kościoła. Można przyznać, że Psary to nie jakaś wioska rolnicza, bo tylko jedna rodzina utrzymywała się z rolnictwa, reszta to pracownicy pobliskich zakładów przemysłowych, a w przeważającej większości to górnicy o większej zasobności.
Od 3 maja Psary są parafią, 24 września nowy kościół został konsekrowany. W lipcu 2009r. do Psar przybył nowy proboszcz Janusz Rączka, pełniący obowiązki duszpasterskie w Zakopanem. Były ks. dziekan Stanisław Mszal dalej zamieszkuje w Psarach i sprawuje duszpasterstwo na terenie swojego rejonu.
Po wyzwoleniu dużo jeszcze tradycji zachowało się sprzed lat. Przykładowo wesele było ładne jak na nim było 5-6 drużbów. Na każdym weselu była też starościna, która rozweselała gości, najwięcej przy wieczornych oczepinach. Pierwsza starościna zabierała panią młodą pod rękę, stała przed zespołem muzycznym i przyśpiewywała piosenki do rymu o parze młodych, a muzyka powtarzała tę melodię. Następnie robiły to drużki, które śpiewały nie tylko o parze młodych, ale i o swoich drużbach. Goście weselni stali wokół pod ścianami i przysłuchiwali się, a pod okna na oczepiny przychodziło wiele kobiet poza weselnych, żeby posłuchać przyśpiewek, która ładniej śpiewa. Następnie starościna usadzała pannę młodą na środku izby. Z przyśpiewką, że jej zdejmuje wianeczek i na głowę zakłada czepiec, i dobija targu z panem młodym ile płaci za tak śliczną żonę. W tym czasie goście weselni wpłacali cepowe pani młodej. Na koniec, po ustaleniu wartości ze starościną, pan młody oddał co miał nawet zdjął swą marynarkę kładąc ją na kolana pani młodej i na rękach wynosił ją jako kochającą żonę. Znaną autorką i wykonawczynią rymowanych przyśpiewek była mama Zosi Papiernik.
W latach 50-tych tak na weselach jak i na zabawach dochodziło do bójek zwłaszcza jak przychodzili na nią chłopaki spoza terenu naszej wioski, najczęściej z Karniowic. Był to nawyk z lat przed 1939r., jak komuś nie wbito noża pomiędzy łopatki, to zabawa nie była udana. Były przypadki jak chłopaki Nowowiejscy zadarli ze Starowsianami, to jakiś czas do kościoła w Płokach chodzili przez Borki. Do lat 50-tych zabawy i inne imprezy nawet przedstawienia okolicznościowe odbywały się w poniemieckim baraku, gdzie obecnie stoi ośrodek zdrowia. Publiczność miejscowa chętnie na nie przychodziła, bo co mieli robić, choć głośniki w domach były zainstalowane, ale programu nie można było zmieniać.
Od 1951 roku wszelka działalność kulturalna odbywała się już w wykończonym i oddanym do użytku Domu Kultury nawet kino dojazdowe raz w tygodniu przywożono konno z Młoszowy. Młodzież szkolna występowała na wielu uroczystościach organizowanych przez Koło Gospody Wiejskich działające przez wiele lat pod przewodnictwem Rozalii Gąsior. Letnią porą młodzież nie siedziała tak jak obecnie przy telewizji i Internecie, ale soboty i niedziele grupy dziewcząt i chłopców z akordeonem w rękach rozśpiewanych i tańczących można było spotkać w uroczym lesie od ………. po Galman.
Budowa ośrodka zdrowia w Psarach dla trzech miejscowości (Psary, Karniowice i Dulowa) napotykała na wiele trudności. Wiadomo, że w tych latach nie posiadano tyle samochodów. Pierwszy samochód kupił w 1952r. z przydziału górnik Marian Kasprzyk mieszkający przy ul. Jana Pawła II. Przychodnia trzebińska była bardzo przeładowana. Doktor Giza miała 4 miejscowości z bardzo dużą Młoszową. Często czekano od rana do popołudnia, dlatego czyniono starania w powiecie chrzanowskim o załatwienie wniosku budowy ośrodka na tym terenie.
W Psarach powstał komitet budowy. Na jego czele stanął Paweł Jura z Nowej Wsi. W tej wsi nie posiadano własnej działki, musiano wywłaszczyć prywatne parcele, a wiadomo, że w tym czasie mało płacono za ziemię wywłaszczoną, ale mieszkańcy dopłacili jej różnicę. Jeszcze za istniejącego powiatu pewne przedsiębiorstwa inwestycji miejskich zobowiązało się w czynie społecznym wykonać dokumentację na budowę ośrodka zdrowia w Psarach. W tym czasie rozwiązano powiaty i nie było żadnego wpływu na jej realizację. Koszt budowy miał być pokryty z Narodowego Funduszu Zdrowia. Przewodniczący komitetu zrezygnował. Wiadomo, że gminy w tym okresie nie były bogate, mogły tylko liczyć na dotację z nadwyżki budżetowej urzędu wojewódzkiego w Katowicach, ale urzędujący w tym czasie sołtys Jan Traczyński, z zawodu budowlaniec nie ustępował. Miał tylko na myśli rozpoczęcie i wybudowanie suteren, a dalej władza gminy, która reprezentuje ten teren musi coś zrobić.
Na jego prośbę architekt wykonał projekt na same sutereny i przy pomocy mieszkańców Psar oraz dużej pomocy zakładu opiekuńczego, którym były już nie jak dawniej KWK Komuna Paryska ale Zakłady Górnicze Trzebionka a był w nich sekretarzem komitetu zakładowego mieszkaniec Nowej Wsi Teodor Malczyk więc można było więcej załatwić tak materiałów jak i sprzętu budowlanego i transportu, a nawet nadwyżkę szyn ogrodzeniowych przekazano na cmentarz komunalny w Psarach.
Po wybudowaniu suteren Urząd Gminy w Trzebini postarał się o dalszą dokumentację. Dalszą budowę zlecono spółdzielni rolniczej z Myślachowic. Budowa była finansowana w całości z Narodowego Funduszu Zdrowia. Ośrodek przekazano do użytku w 1988r. Obejmuje trzy miejscowości: Dulowę, Karniowice i Psary. Lekarzem rodzinnym, który pracuje od początku jest lekarz Bogdan Odrzywołk, zatrudniony jest pediatra w niepełnym wymiarze godzin a także stomatolog. W ośrodku znajduje się też punkt apteczny. Jego obecna obsada może obsłużyć dużo więcej pacjentów.

Samorządy wiejskie
Sołtysem Psar w latach 1938-1942 był Jan Gąsior mieszkający przy ul. Wiśniowej. Od 1943r. do końca okupacji przy władzy byli ludzie, którzy podpisali volksistę: Tadeusz Grelowski mieszkający przy ul. Cichej, zajmował się więcej sprawami administracyjnymi, następny, który miał sprawy rolne, obowiązkowe przekazywanie plonów rolnych oraz kierowanie do pracy kobiet i młodzieży do pobliskiego dworu ziemskiego to zwany baorem Wojciech Maro mieszkający na Zamłyniu. Poza podpisem listy mieszkańcy Psar nie uważali ich za wrogo nastawionych donosicieli.
Po wyzwoleniu pierwszym sołtysem wybrano Stanisława Kępkę z Nowej Wsi, następny był Józef Kłosek też z Nowej Wsi. W latach 1960-1967 sołtysem był Franciszek Bodzenta mieszkający przy ul. Modrzewiowej, w latach 1967-1970 Ferdynand Feliksiak mieszkający przy ul. Wiśniowej. W roku 1971 wybrano sołtysem Jana Traczyńskiego mieszkającego przy ul. Wiśniowej, który tę funkcję społeczną pełnił cztery i pół kadencji. Wtedy, przy sołtysie, zaczęto powoływać radę sołecką w liczbie 5-7 osób, która nadal funkcjonuje. W latach 1990-1998 sołtysem był Władysław Surowiec z Nowej Wsi. W 1999r. sołtysem wybrano Anatola Okoczuka, który tę funkcję pełni nadal (2010r.).

Na podstawie rękopisów Jana Traczyńskiego przepisał Mieczysław Kempka
Warszawa, dnia  2010-07-07